reklama
Magazyn WhyStory logo
reklama
Dom i Generacje > pokolenia
piątek, 24 czerwiec 2016 10:17

Bardzo łatwo znaleźć informacje na temat tego, jak należy przygotować mieszkanie na nadejście dzieci. Nie każdy jednak pamięta o tym, że osoby starsze również mają specyficzne potrzeby. Z wiekiem dom, który kiedyś dawał wygodę i poczucie bezpieczeństwa, może stawać się coraz mniej przyjazny. Jak urządzić wnętrze, które będzie komfortowe dla seniora?

Sypialnia

Wydawałoby się, że emerytura jest okresem w życiu człowieka, w którym ma on okazję wypocząć. Paradoksalnie jednak, właśnie w podeszłym wieku pojawiają się problemy ze snem, a także dolegliwości bólowe, przeszkadzające w swobodnym poruszaniu się. Pamiętajmy, że pomieszczenie przeznaczone dla seniora powinno znajdować się na parterze. Codzienna wędrówka po schodach może być zbyt wymagająca i uciążliwa, ponadto zwiększa ryzyko upadku i złamania coraz bardziej kruchych kości.

Bardzo ważny jest odpowiedni dobór łóżka. Nie powinno ono być zbyt miękkie, głębokie ani niskie – najlepiej, by sięgało mniej więcej do kolan. Bardzo praktycznym rozwiązaniem jest regulowany stelaż, pozwalający na uniesienie głowy lub zmęczonych nóg. Przytulności pomieszczeniu dodadzą ciepły koc oraz dużo miękkich poduszek. W przypadku osoby, która wymaga stałej opieki, należy zainwestować w specjalistyczne łóżko wyposażone w regulowaną wysokość, możliwość ustawienia w pozycji stojącej, barierki zapobiegające wypadnięciu oraz dostęp z trzech stron.

Bezpośrednio przy miejscu do spania powinna znajdować się mała szafka lub stolik, na które senior będzie mógł odstawić szklankę z wodą czy herbatą, okulary, leki oraz książkę. Przyda się również mała lampka do czytania.

W pokoju osoby starszej powinien znaleźć się także fotel, komoda oraz miejsce do wyeksponowania zdjęć, pamiątek lub laurek od wnucząt. Warto tak zaaranżować pomieszczenie, by umożliwić przyjmowanie w nim gości. Dobrym pomysłem może być również zapewnienie seniorowi oddzielnego telewizora i radia.

wtorek, 17 listopad 2015 22:11

Kobieta wszechstronna

 

Jest jak 12 miesięcy z kalendarza: ciepła, radosna, ale też dojrzała i ostrożna. Występuje społecznie w Spotkaniach z Krystyną w WHY STORY TV, pełni funkcję wiceprezeski Koła Seniora w Gliwicach, udziela się w radzie dzielnicy Kopernik, pomaga dzieciom z lokalnego domu dziecka, bierze udział w castingach do filmów. Jej zdjęcie znalazło się też w kalendarzu KZK GOP. Prywatnie jest mamą, babcią i prababcią. Ostatnio zainteresowała się dalekimi podróżami. Właśnie wróciła z Dubaju.

Dubaj

 

Spotkanie na dworcu PKP

Kiedy po raz pierwszy spotkam panią Krystynę w kawiarni na Dworcu Centralnym w Warszawie od razu czuję, że to wyjątkowa kobieta. Żwawym krokiem podchodzi do mojego stolika i pyta z pogodnym uśmiechem na twarzy, pokazując energicznie na puste krzesła:

- Czy te miejsca są wolne? Można się przysiąść?

Akurat segreguję wizytówki z konferencji, z której właśnie wracam i wykorzystując wolną chwilę wpisuję ważniejsze numery do telefonu, ale intryguje mnie ta żywotna, pogodna osoba, więc szybko chowam je do torebki.

- Czeka Pani na pociąg? - zagaduję

- Tak, odjeżdża za pół godziny. Wie Pani, odprowadzałam dzisiaj wnuczkę na lotnisko – mówi, pochylając się w moim kierunku i po chwili, ścisza głos, dodając: Poleciała z mężem do Dubaju. Nie wiem tylko po co, bo miała przecież świetną pracę i piękne mieszkanie w Warszawie.

Prędko wyciera łzę, która zakręciła się w jej oku. - Tacy są ci młodzi dzisiaj, ciągle w biegu za karierą – wzdycha.

W trakcie naszej pogawędki dowiaduję się, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, że pani Krystyna kilka miesięcy wcześniej skończyła osiemdziesiatkę. Przyznaje też, że dopiero wtedy uznała, że czas zapisać się do klubu seniora. Szybko zostaje wybrana wice - prezeską i od razu zabrania jego członkom mówić na spotkaniach o chorobach. - Przecież po to się tu spotykamy, żeby było miło – podsumowuje krótko.

Umawiamy się, że porozmawiamy jeszcze w pociągu, bo okazuje się, że jedziemy tym samym, ale kiedy podchodzę do przedziału pani Krystyny, ta smacznie śpi, zmęczona po trudach całego dnia.

 

Spotkanie po castingu

Tym razem umawiamy we włoskiej restauracji w Zabrzu. Pani Krystyna wraca właśnie z… castingu do filmu, który odbywa się w pobliskiej szkole aktorskiej, tuż obok teatru. Ma na sobie bardzo kobiecy strój i do twarzy jej w sukience w czarno-czerwone paski.

Zamawiamy naleśniki ze szpinakiem i rozmawiamy o innych restauracjach.

- W Gliwicach jest też taka fajna restauracja, gdzie jadłam tylko raz czy dwa, ale wie Pani chodzę tam na te pokazy, kiedy zadzwonią do mnie, a nie mam co z czasem zrobić, to idę sobie tam na pokazy, np. kulinarne - zaczyna swoją opowieść o życiu wdowy, które jednak ma swoje blaski. - Niedługo wyjeżdżam na warsztaty artystyczne dla osób po 60., czyli takich jak ja (puszcza do mnie filuternie oko). Będziemy rozwijać tam nasze pasje literackie i fotograficzne, a ja bardzo lubię robić zdjęcia – pokazuje swoje dzieła zapisane w telefonie.

Informuje też, że wyjazd ten jest dofinansowywany przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej i współorganizowany przez Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Dodaje też, że oprócz seniorów, jadą tam też wychowankowie domu dziecka. - Warsztaty te uczą emerytów, żeby sobie tam aktywności nabrali i zaangażowali się w pomoc innym, ale będzie nam też miło spędzić ten czas z dzieciakami, ot taka symbioza – podsumowuje pani Krysia.

- Jak mi się spodoba jakieś miejsce, to zaraz robię zdjęcie - wraca do tematu fotografii. - Teraz dostałam w prezencie taką, wie pani, przestarzałą cyfrówkę, gdzie pamięć pozwala na wykonanie tylko 100 zdjęć i muszę często zmieniać płytki. Za jednym wyjazdem do Warszawy zrobiłam jakieś 500 czy 600 zdjęć, np. z zoo., ze sklepów, czy po prostu na ulicy.

- A w castingu do jakiego filmu brała Pani dzisiaj udział? – pytam z zaciekawieniem.

- To ma być jakiś serial, chyba o hotelu, ale nie pamiętam tytułu. Byli tam starzy, młodzi, chudzi i grubi, to i ja wystartowałam – mówi ciągle jeszcze podekscytowana tym przeżyciem. - Przedstawiłam się, powiedziałam, gdzie mieszkam i że mam dość medialną rodzinę, nawet to, że jestem prababcią. Dodałam, że mogę zagrać nawet rolę szaletowej albo szatniarki. Śmiali się, ale dali mi też odczuć, że mogą być zainteresowani.

Dwa lata wcześniej Krystyna wygrywa casting organizowany przez Telewizję Katowice, która przygotowuje wówczas reportaż o mieszkańcach Śląska, korzystających ze środków komunikacji miejskiej KZK GOP. W nagrodę otrzymuje darmowy bezterminowy bilet na przejazdy autobusami w całym województwie, a jej zdjęcie, na którym ma na sobie jeansowe rybaczki, zostaje zamieszczone w kalendarzu. Wygląda tu na zgrabną sześćdziesieciolatkę.

Krystynkalendarza

 

Życie rodzinne

Krystyna jest wdową od kilku lat, matką dwóch córek, babcią dwudziestotrzylatka i trzydziestolatki oraz prababcią trzyletniej dziewczynki. Twierdzi, że ma dosyć medialną rodzinę, bo jedna z córek pracuje w urzędzie miasta, wnuczka jest dziennikarką i pracowała dla jednej z najbardziej znanych stacji telewizyjnych, a wnuk był aktorem, grał w filmach i sztukach teatralnych, teraz studiuje reżyserię i projektuje gry komputerowe.

- Urodziłam się w starym Sosnowcu i przez 20 lat mieszkałam przy głównej ulicy: 22 Lipca na osiedlu Piast, obok palmiarni – wspomina. Do Gliwic przeprowadza się z mężem w wieku 22 lat, kiedy on dostaje tam pracę na kolei. Poznaje go w wieku 17 lat, w 1952 r.

- To nie były takie czasy, kiedy narzeczeni na randkach uprawiali seks. My tańczyliśmy razem w Zespole Pieśni i Tańca „Zagłębie”, jeździło się też na wycieczki. Och, to było piękne życie, ale wiele się też zmieniło – wzdycha z nostalgią. - Jak człowiek sobie wspomni, że taki szmat czasu minął, to córki czy wnuczka mówią: mamo, co ty tam wspominasz, babciu to tak dawno temu było!

Cztery lata po poznaniu narzeczeni stają na ślubnym kobiercu. Początkowo Krystyna pracuje w Katowicach na kolei w rachunkowości. Podoba jej się ta praca, w szkole była dobra z matematyki, ma raczej umysł analityczny. Nawet teraz, w wieku 80 lat lubi liczyć, np. kiedy podróżuje, to zlicza okna w autobusie, drzewa na ulicy czy ćwiczy pamięć, zapamiętując numery rejestracji mijanych samochodów.

Kiedy rodzi dzieci, w latach 50., mąż prosi ją, żeby zrezygnowała z pracy i zajęła się wychowaniem dziewczynek. Najpierw troszczy się o córki, a potem zamieszkuje u nich utalentowany wokalnie i aktorsko wnuk, który uczęszcza wtedy do liceum i gra w teatrze muzycznym w Gliwicach. Pani Krystyna troszczy się o niego jak o syna, gotuję mu jego ulubione obiadki i prowadzi z nim długie rozmowy. Potem chłopak wyjeżdża na studia do Warszawy. Opuszcza ją też mąż, który umiera po 60 latach ich związku. Kobieta czuje, że przyszedł czas na poważne zmiany w życiu.

 

Życie społeczne

Po okresie żałoby, bierze udział we wspomnianych castingach, ale i zaczyna spotykać się na śniadaniach działkowych z innymi seniorami. W ramach Klubu Seniora wyjeżdża na wycieczki. - Ostatnio byliśmy we Wrocławiu, zwiedzaliśmy ogrody japońskie, zoo i rynek. Teraz planujemy wyjazd do Opola, organizujemy andrzejki, sylwestra robimy – wylicza z entuzjazmem.

Krystynaogrod

Krótko po tym, jak pani Krystyna dołącza do redakcji WHY STORY, zaprosza wszystkich nowych kolegów i koleżanki na grilla do swojego 300-metrowego ogródka z małą, ale praktycznie wyposażoną altanką. Zaprasza też gości z dziećmi i żartuje:

- Jak ktoś nie ma dzieci, to nie szkodzi, w mojej altance polecam pokój z dwuosobowym łóżkiem…

Na przyjęciu ogrodowym proponuje, żeby wszyscy goście zwracali się do niej po imieniu. - No chyba, że uważacie, że jestem z stara na to – śmieje się zadowolona, że tyle osób ją odwiedziło.

Nie jest najstarsza w tym gronie, bo do zespołu redakcyjnego należy też pan Ernest Pluta, który ma 85 lat i nadal prowadzi biuro turystyczne.

- Ja bardzo lubię turystów – komentuje na wesoło żwawa kobieta. - A na dodatek, wcale nie musimy się pobierać, bo mamy to samo nazwisko!

Kandyduje też do rady Osiedla Kopernik w Gliwicach, gdzie mieszka od 35 lat. Jest zdrową, sprawną kobietą, ma sporo wolnego czasu, więc chce zająć się sprawami swojego rejonu. Deklaruje też chęć zaangażowania w pomoc dzieciom z pobliskiego domu dziecka, spędzając z nimi wspólnie czas na rozmowach czy wycieczkach.

- Radzę młodym ludziom, żeby szanowali starszych i byli tolerancyjni wobec nich. Młodość jest piękna, młodzi ludzie też. Zawsze tak było, że każde starzejące się pokolenie narzekało na młodzież. Mamy obowiązki wobec tych podlotków, musimy ich wychowywać, bo oni wcale nie są tacy źli, tylko musimy nauczyć się żyć razem.

Mówi też, że chciałaby się uczyć angielskiego, co przydałby się w podróżach.

- Za moich czasów uczyłam się języka rosyjskiego, ale już nie pamiętam – przyznaje.

Kiedyś była z wnuczką na wczasach w Barcelonie, a teraz wybiera się do niej w odwiedziny do Dubaju. Trochę obawia się tej podroży, ale leci z nią jeden z kolegów z Klubu Seniora, który wraz z innym często pomaga jej w pracach na działce, jak koszenie trawy czy podcinanie gałęzi. - Kawalera nie mam, ale chciałabym - żartuje. - Turysta musiałby być.

Po powrocie z wycieczki przywozi nam wszystkim własnoręcznie zebrane na plaży muszelki, ale więcej o tej podróży opowiemy już następnym razem...

Krystyna Pluta

Beata Sekuła

czwartek, 01 październik 2015 21:52

Spacer

Zalew wyglądał jak plamka. Z daleka ta perspektywa była dużo bardziej malownicza niż z bliższej odległości.

Z bliska kolory nie były już tak zdecydowane. Więcej było szarości i brudnej zieleni, a błękit wody, z daleka połyskujący atrakcyjnie, z bliska nie wydawał się już taki zdrowy i zachęcający do zanurzenia się .

Ludzie od rana siedzieli na trawie i kurzyli się w piasku nieopodal kąpieliska. Wielkie torby z zapasami przygotowanego do grillowania mięsa oraz hektolitry napojów gazowanych i megapaczki chipsów stanowiły podstawowy element wyprawy nad wodę.

Wielka metalowa buda przypominająca barak na budowie stała na betonowych płytach i była pożądanym przez plażowiczów obiektem, bo sprzedawano w niej frytki, napoje, słodycze i lody.

Pomyślałam, że kiedyś jako dziecko często przyjeżdżałam nad wodę z rodzicami, kuzynostwem i tak spędzaliśmy czasem cały dzień. Pomyślałam, że wtedy mieszkaliśmy w bloku i ten kawałek „natury” był atrakcją dla nas. Od tego czasu minęło wiele lat i wiem, że dzisiaj nie zabrałabym dzieci tutaj, ale to może dlatego, że mieszkam w domu z trawnikiem i tarasem, że dla dzieci mogę ustawić basen, w którym taplają się bez opamiętania, a ja nie zastanawiam się jaką chorobę mogą złapać z tej wody, choć pewnie jakąś mogłyby też, jednak niebezpieczeństwo to wydaje się mniejsze w porównaniu z wodą zalewową.

Nie czuję się lepsza przez to, chociaż wiem, że moje dzieci mają lepiej dzięki temu, że nie mieszkają w bloku, w małym mieszkanku i wyjście boso na trawnik jest dla nich normalne i nie stanowi rzadkiej atrakcji, jak to było w moim przypadku dawno temu. A może się mylę. Wszak choroby żadnej nie złapałam, a wyprawy nad wodę były wydarzeniem niecodziennym, zawsze gromadzącym wiele osób, co sprzyjało nawiązywaniu kontaktów i relacji. Moje dzieci są bezpieczne w swoim domu, ale przecież to nie uchroni ich od zderzenia ze światem zewnętrznym, z którym ja jako dziecko miałam większą styczność. I była to styczność dużo bardziej improwizowana niż obecnie, kiedy to dzieciom czas organizujemy, miast „wypuszczać je z domu”, po prostu.

Czas płynie nieubłaganie, a nad zalew ludzie dalej przyjeżdżają z tymi wielkimi siatami, z rozkładanymi grillami, czego jednak nie oglądało się tak powszechnie za czasów mojego dzieciństwa, bo erupcja grillowej mody zapoczątkowana została nieco później.

Kiedyś zalew był atrakcją, bo ludzie nie mieli dostępu do wycieczek zagranicznych, gdzie lazur wody wygląda tak samo z bliska, jak i z daleka. Teraz jednak w dalszym ciągu jeżdżą nad zalew, pomimo otwarcia się kraju na świat i inwazji biur podróży z cudownymi nawet czasem ofertami. Jednak tak naprawdę ilu ludzi z mojego miasta może sobie o tych wczasach pomyśleć realnie i na nie pozwolić?

- Jak to nie było soków? – Mój syn Konrad uniósł brwi z niedowierzaniem. Siedzieliśmy obok budy z frytkami i przyglądaliśmy tafli wody z daleka. - To co ty piłaś? Nie chciało ci się pić?

- Piłam kompoty – odpowiedziałam. - Babcia robiła kompoty na zimę, albo w lecie gotowało się kompot ze świeżych owoców.

- Kompot? Taki, jak nam babcia w słoiku czasem przyniosła? – zapytała Kornelia spoglądając na młodszego brata.

- Właśnie taki kompot. – odpowiedziałam powoli. – Taki kompot był naszym sokiem.

- A ja wolę Kubusia – powiedział Konrad.

- Ja też. – skwitowała Kornelia.

- No wiecie, wolicie Kubusia, bo wam mama kompotów nie daje. – powiedziałam. – Myśmy tam lubili jako dzieci kompoty, prawda kochanie? – zwróciłam się do męża.

- No jasne! – Wojtek puścił oko do Konrada.

- Mamuuuuś, a Kinder Bueno lubiłaś czy nie?

- Nie było Kinder Bueno.

Konrad o mało nie zakrztusił się lizakiem.

- Nie było Kinder Bueno? – pokręcił głową z niedowierzaniem. – To co było? – Mój syn przyglądał mi się nieufnie.

- No widzisz – zaśmiałam się – nie było, nie znaliśmy i jakoś żyjemy. A wy, co zobaczycie w sklepie, to już chcecie. Jak my z tatą byliśmy dziećmi, to jedliśmy landrynki, dropsy owocowe, miętowe, oranżadę w proszku się z palca lizało... – pomału wprowadzałam się w nastrój – a moja babcia kupowała takie krówki słodkie, albo mordoklejki, tofiki, pamiętasz? – zwróciłam się do męża.

- Dropsów nie lubiłem, ale na odpuście pamiętasz, jak były gumy do żucia z Kaczorem Donaldem? – zaśmiał się mój mąż - Albo czekaj, miałaś taką gumkę chińską do mazania? Taką pachnącą, ha! Tooo było coś, pamiętasz?

- Jakie gumy? – Konrad wydawał się zainteresowany.

- Takie gumy do żucia były, ale tylko na odpustach. Nie było tylu gum do wyboru, co teraz w sklepie, a co ty myślisz? – odpowiedziałam. – A pamiętam, jak tata kupił gdzieś spod lady czasem delicje pomarańczowe, albo jak paluszki słone i cola była dla dzieci na urodzinach u kogoś…, toooo było dopiero wydarzenie

- Ja lubiłem oranżadę w szklanych butelkach z korkami, pamiętasz? Taka była, co się ją otwierało pstryknięciem – mój mąż podniósł dłoń, wysunął kciuk i wykonał ruch, jakby odbezpieczał korek od butelki – a kiedyś u Marysi na weselu to tyle było oranżady, że piliśmy z chłopakami na wyścigi i na trzy łyki butelkę się brało.

- Ale popatrz, - powiedziałam – Prince Polo było i jest nadal, tylko teraz nam każą to nazywać prinspolo – zaśmiałam się. - Pamiętam, że lubiłam bardzo landrynki, które babcia trzymała na stoliku koło łóżka. A jak szliśmy na spacer do parku, to rodzice kupowali 10 deko bombajek. Póki były, bo później nie dało się ich nigdzie dostać , pamiętasz?

- No, jak kartki weszły, to w sumie mało było słodyczy, ale ja i tak jako najmłodszy miałem najlepiej, bo mnie się należały – szelmowsko zaśmiał się mój mąż.- Wiesz co lubiłem? Kukułki, teraz już nie ma takich dobrych kukułek, jak kiedyś. – zasępił się.

- A ja bardzo lubiłam draże orzechowe. Teraz też takich nie ma. Kiedyś kupiłam na próbę i jakieś dziadostwo to było. One były w takich przezroczystych torebeczkach i miały nieapetyczny kolor, pamiętasz? Ale pyszne były.

- Ja pamiętam jak raz mama przyniosła od koleżanki żelki, czy pianki takie, wiesz. – ciągnął Wojtek – oni mieli gdzieś rodzinę w Niemczech czy jakoś tak i poczęstowała ta kobitka moją mamę w pracy, żeby dzieciom zaniosła.

- Jakie żelki mamuś? – zapytała Kornelia.

- Takie, jak z Haribo są teraz albo Jojo, które czasem wam kupuję, wiesz już jakie?

- I co? – powiedziała Kornelia.

- Co co? – odpowiedział jej tata – nie było takich rzeczy, to zza granicy się przywoziło, jak się dało.

- Zza granicy? – Konrad był bezbrzeżnie zdziwiony – to znaczy z innego kraju?

- Dokładnie – powiedziałam – z innego kraju.

Dzieci słuchały tego z miną, która mówiła , że nie bardzo rozumieją nasze rozbawienie i zaangażowanie w opowieść. Kornelia z lekko otwartymi ustami bacznie obserwowała mnie i czasem zerkała na tatę, a Konrad piszczał zadając mnóstwo pytań, z których jasno wynikało, że bierze nasze słowa za jedną z bajek.

Oczywiście nasza rozmowa miała mieć charakter dydaktyczny a nie martyrologiczny.

Dla dzieci była jednak chyba czymś w rodzaju zabawy, bo sens jej kończył się z pewnością na doświadczeniu zdziwienia, które dominowało nad wszelkimi innymi wrażeniami.

Dla nas z kolei przypomnienie sobie tych drobiazgów z dzieciństwa było miłą chwilą, bo przecież pomimo tego, że nie mieliśmy dostępu do smakołyków i atrakcji, do których dostęp mają nasze dzieci, nie było kolorowo w sklepach i telewizorze, to jednak świat było kolorowy w naszych głowach i sercach i takim go widzieliśmy.

Ciekawe też jakimi dorosłymi będą obecne dzieciaki wychowywane w warunkach zdecydowanie odmiennych niż my. Ale to pytanie powtarza się co pokolenie, bo co pokolenie zmienia się świat.

Katarzyna Martyka

wspomnienia

 

reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama