reklama
Magazyn WhyStory logo
reklama
Inspiracje > niezwykli ludzie
czwartek, 04 maj 2017 14:47

Poznawanie świata poprzez inne cywilizacje oraz inne kultury

 lider1

 

 

Prof. dr hab. Julian Marian Auleytner – wykładowca uniwersytecki, założyciel i rektor działającej prawie od ćwierćwiecza Wyższej Szkoły Pedagogicznej Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, obecnie im. Janusza Korczaka. Autor setek publikacji na temat polityki społecznej. Właśnie wydał nową książkę pt. „Komunikacja pocztowa w Błękitnej Armii Hallera w latach 1917-1920”. Otrzymał nominację do tytułu Lider z powołania w uznaniu zasług na polu społecznym, naukowym oraz ekonomicznym.

- W przypadku lidera liczy się przede wszystkim wytrzymałość psychiczna oraz transparentność finansowa. Potrzebny jest też dystans do problemów oraz konsekwencja w działaniu – stwierdza profesor. - W okresie przełomu politycznego panował wielki chaos organizacyjny, bo wcześniej za wszystko teoretycznie odpowiadało państwo. Trudno zarządzało się ludźmi, którzy za nic nie ponosili odpowiedzialności. W kwestii zarządzania wiele nauczyłem się w niemieckiej kancelarii prawniczej na stypendiumFundacji K. Adenauera.

Dynamiczny rozwój kariery naukowej

Karierę naukową profesor Julian Marian Auleytner rozpoczął w młodym wieku, tytuł doktora uzyskał bowiem w wieku 29 lat (1977), habilitacja nastąpiła w 1988, natomiast tytuł profesora nadano mu w 1995 roku.

 

- Praca naukowca to inwestycja własna, która spłaca się po wielu latach. Trzeba zacisnąć zęby i ciężko pracować – podkreśla prof. Julian Marian Auleytner. - Inwestycja własna oznacza po prostu, że trzeba uzyskać tytuły naukowe tak szybko, jak to możliwe, bo konkurencja jest bardzo duża. Prof. Auleytner twierdzi, że dawniej doktorantów nie było tak wielu, natomiast obecnie jest ich więcej niż zapotrzebowania, dlatego należy rozpocząć habilitację. Wyższą punktację obecnie otrzymuje się za publikacje zagraniczne, a więc naukowcy skazani są niejako na wyjazd za granicę i kontynuowanie studiów na uczelniach amerykańskich, angielskich czy skandynawskich. Rektor twierdzi, że zatrudnienie kontraktowe praktykowane szczególnie na uczelniach zachodnich działa bardzo mobilizująco i uruchamia ciekawy proces mobilności akademickiej, co m.in. zapobiega wypaleniu zawodowemu, gdyż jest związane ze zmianą co 2-3 lata miejsca zatrudnienia. Świetnym przykładem takiego rozwoju kariery naukowej jest prof. Wojciech Sadurski, który przyjeżdża do Polski, a w międzyczasie wykłada na uniwersytetach w Australii czy w Azji. Profesor Auleytner sam prowadził zajęcia m.in. na uczelniach w Grecji, Hiszpanii i Niemczech.

wtorek, 25 kwiecień 2017 09:37

Wszystko zaczyna się od rozmowy - rozmowa na temat wyzwań życiowych z Dorotą Wellman, wyróżnioną tytułem Kobiety Charyzmatycznej w kategorii Kobieta wszechstronna przez Magazyn WHY Story.

2dorota

Dorota twierdzi, że praca dziennikarki dała jej niewiarygodną możliwość poznania wielu niezwykłych i różnorodnych ludzi. Jest nie tylko osobą otwartą na innych, ale też uważną i niezwykle empatyczną, pomimo tego, że mówi o sobie: „ryba piła”. Twierdzi, że jej najważniejszym zadaniem w życiu było/jest macierzyństwo. Z mężem lubi… się kłócić i jeść śniadanie o czwartej trzydzieści nad ranem.

 Dorota Wellman

Chyba jesteś szczęśliwą kobietą, w dużej mierze spełnioną, chociaż kobieta chyba nigdy nie jest do tak końca spełniona?

To prawda czuję się szczęśliwa, bo moi bliscy są w dobrej kondycji zdrowotnej, a uważam, że to jest podstawa ludzkiego szczęścia. Jestem szczęśliwa, bo wykonuję pracę, którą kocham. Myślę, że to jest ogromny luksus, kiedy człowiek może wykonywać pracę, którą kocha i jeszcze otrzymywać za to honorarium. Poza tym jestem człowiekiem optymistycznie nastawionym do życia. Oczywiście widzę jego gorsze strony, „ciemną stronę ulicy”, ale zawsze wybieram tę słoneczną. To sprawia, że się cieszę, że żyję.

Jesteś kobietą silną, ale też wrażliwą. Dlaczego uważasz, że współczesne kobiety są mocniejsze?

 

 DSC 0480Bo widzę wszystkie działania kobiet, które udowadniają, że kobieta może więcej, może lepiej, może robić wiele rzeczy naraz i wszystkie wykonuje dobrze. Jesteśmy jak taki robot wielozadaniowy. Jesteśmy w stanie ogarnąć wiele etatów, które mamy w życiu. To są etaty formalne i nieformalne w pracy, często w dwóch pracach, a także w domu, a to jest niezwykle wymagające być wychowawcą swoich dzieci, matką, żoną i kochanką, wszystko niemalże równocześnie.

Jak łączysz te wszystkie role?

Staram się jak mogę, a nie jest to łatwe i wszystkie panie to wiedzą, ale kobiety wykazują ogromną siłę i determinację. Moim zdaniem są też odporniejsze na niektóre sytuacje, które się w naszym życiu zdarzają. Nauczyły się radzić sobie ze stresem.

Jakie sytuacje są najtrudniejsze?

Myślę, że te w życiu domowym, kiedy nie układa się tak jak chcemy, kiedy pojawiają się kłopoty finansowe czy zdrowotne, kiedy w pracy nam się nie układa i kiedy musimy ją gwałtownie zmienić. Czasami trzeba poświęcić coś dla czegoś innego, bo wiemy, że to będzie dobre dla nas i naszych bliskich.

Masz na swoim koncie wiele sukcesów, a co było prawdziwym wyzwaniem w Twoim życiu?

Myślę, że takim najważniejszym wyzwaniem było wychowanie syna i myślę, że udało mi się wykonać to zadanie, bo wyrósł na bardzo fajnego i porządnego człowieka.

Ile ma lat?

Dwadzieścia cztery. Kuba jest już dorosłym mężczyzną, a ja widzę efekty pracy włożonej w jego rozwój. Po latach wiem, że warto było spędzać wspólnie czas na tych wszystkich rozmowach, jakie przeprowadziliśmy. Macierzyństwo to najfajniejsze zadanie, jakie miałam w życiu i wydaje mi się, że wychowałam swojego syna na dobrego człowieka, mężczyznę dla innej kobiety. To było właśnie moje wyzwanie życiowe.

A co Cię cieszy w nim najbardziej?

Jego wrażliwość, inteligencja, poczucie humoru, ale też jego bardzo stanowczy charakter. Nie jest chorągiewką na wietrze. Ma swoje zdanie, którego umie bronić.

Spod jakiego jest znaku zodiaku?

U nas wszyscy są Baranami, oprócz mnie, bo ja jestem Rybą. Żartuję, że jestem rybą piłą, a nie taką przyjemną rybką.

Mieszkacie jeszcze razem?

Nie, już nie. Nie mam syndromu matki, która musi trzymać syna na krótkiej smyczy. Wypuściłam go wcześnie do świata i do ludzi, więc chciałabym żeby znalazł fajną partnerkę, sensowną, rozumną, fajną, atrakcyjną dla niego, więc nie będę do niej strzelać z dubeltówki tylko patrzeć jak wybiera.

A co robi zawodowo?

Kończy studia na dwóch kierunkach. Zajmuje się filmem, więc jest szczęśliwy, bo robi to, co lubi.

Dałaś mu przykład. A Ty z wykształcenia jesteś polonistką?

Tak.I historykiem sztuki.

Pracowałaś kiedyś w tym zawodzie?

Nie. To była podstawa do wykonywania obecnego zawodu. Z wykształcenia jestem też historykiem sztuki, więc jest to wiedza, która przydaje mi się w zawodzie. Cieszę się, że mam takie studia, a nie dziennikarskie, bo dziennikarstwa nauczyłam się w praktyce. Uczyłam się na bieżąco podstawowych rzeczy w zawodzie, by być na poziomie, który udało mi się osiągnąć. Jestem jak lekarze, czyli w dalszym ciągu rozwijam swoje kompetencje w tym zawodzie i nigdy nie przestanę.

A co Ci się najbardziej podoba w tej profesji?

1dorotaPoznawanie ludzi. Poznałam ich tak wielu w swoim życiu, że chyba nigdy nie miałabym takiej okazji, wykonując jakikolwiek inny zawód. Jestem bardzo otwarta na świat. Rozmowy są dla mnie okazją do poznawania różnych poglądów, różnych typów ludzkich, osób które zajmują się wieloma rzeczami i to jest pierwsza sprawa. Druga to to, że nigdy nie byłabym w tym miejscach, do których dotarłam.

Masz na myśli podróże?

To nie tylko sprawa podróży. Były podróże małe i duże. Jechałam gdzieś bardzo daleko, gdzieś, gdzie ludzie nie docierają, ale też byłam w akcji gaśniczej ze strażakami, w kopalni, na kutrze z rybakami… To były ciekawe doświadczenia, bo wchodzi się w czyjąś podróż, duszę, w czyjeś życie. Pewnie nigdy bym tam nie trafiła, bo kto by człowiekowi z ulicy dał taką możliwość.

A co robisz jak masz przesyt?

Ja nigdy nie mam przesytu. Jestem zachłanna, brałabym od życia więcej i jeszcze więcej.

Jesteś producentką, pracujesz dla różnych mediów; prasy, radia, telewizji...

To prawda. Wiem, że trzeba istnieć w wielu mediach, robić wiele rzeczy, rozwijać się.

 

Musisz być zawsze na bieżąco z newsami.

Jesteśmy w wiecznej gotowości. Mamy szansę, że ktoś nas wezwie, bo coś się będzie działo. To właśnie lubi się w tym zawodzie, że jesteśmy w ciągłej aktywności. Interesuje mnie świat, a to jest też cecha dziennikarska.

Jesteś dociekliwa, prawda?

Bardzo, czasem przejdę koło czegoś i wiem, że warto zrobić o tym temat. Mam w sobie taki radar. Przeczytam mikronotatkę i wiem, że można z niej zrobić wielki reportaż. Trzeba dużo czytać, rozglądać się, pytać. Kiedy wsiadam do pociągu, siadam naprzeciwko człowieka, to zazwyczaj zaczynam rozmawiać. Ludzie z pociągu stawali się gośćmi „Dzień dobry TVN”.

A jak reagowali na Ciebie?

 matiiwelman1

Świetnie. Ja lubię z ludźmi rozmawiać.

Nie krępowało ich to? Jesteś jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób w Polsce.

Nie. Bez przesady.

I chyba jedną z najbardziej lubianych, ale rozpoznawalnych na 100%.

Ludzie na mój widok reagują jakoś tak normalnie. Opowiadają mi o tym, co robią - i tu zaczyna się rozmowa, wzajemne poznawanie Prawdziwy dziennikarz potrafi nawiązać dialog na dowolny temat czy to na temat książek, które czyta rozmówca, czy jego pracy zawodowej. Kiedyś pewna pani w pociągu opowiedziała mi o zachowaniach psów i okazało się, ze jest specjalistką od behawiorystyki zwierząt i została moim gościem w programie telewizyjnym.

Czyli są to goście z przypadku...

Najczęściej z wyboru, z poszukiwania. Tych gości musimy mieć wielu, ale wszystko zaczyna się od rozmowy.

Warto podróżować?

Warto podróżować i mieć oczy szeroko otwarte, a nie chować się tylko za gazetą i udawać, że się nie widzi drugiego człowieka, bo to przykre. Dziennikarz ma być otwarty, każdego zapytać i z każdym umieć porozmawiać.

Ty jesteś taka społeczna wspierasz kobiety, dzieci, zwierzęta. Które z działań charytatywnych dają Ci największą radość?

 3

Myślę, że jak mogę przynieść jakąś realną pomoc to jest to dla mnie największa radość. Kiedy mogę przywieźć pieniądze, które zarobię, ale także kiedy mogę zdobyć rzeczy, których ktoś potrzebuje. Taka właśnie realna pomoc mnie interesuje, a nie taka, że się pokażę, sfotografuję, tylko, że coś z mojej działalności wynika. Jestem wykwalifikowanym, dyplomowanym żebrakiem. Ludzie pomagają mi bardzo chętnie w realizacji takich celów.

Masz dar przekonywania.

Tak. Potrafię zadzwonić do firmy produkującej buty dziecięce i dostać sto par obuwia. Może niedługo uda mi się wynegocjować koniki polskie na hipoterapię dla dzieci, bo kogoś znam, a może ktoś kogoś zna, kto może mi da konika.

A już jako dziecko byłaś, że tak powiem organizatorem ludzkich spraw?

Owszem. Mój mąż do teraz mówi, że jestem naszej grupy przyjacielskiej KO-wcem.

Prywatnie także się udzielasz kulturalnie.

Całe życie mam takie organizacyjne, czyli coś wspólnie, coś razem, pojechać, odwiedzić, wakacje zorganizować. Myślę, że zawsze byłam takim człowiekiem prospołecznym. Intensywna i długa działalność w harcerstwie nauczyła mnie wiele. Byłam niespokojnym dzieckiem, takim łobuzem.

Byłaś też drużynową?

Byłam harcmistrzem.

Czyli jeszcze wyżej.

Przede wszystkim byłam łobuziakiem. Tam gdzie mi powiedzieli, że nie wolno, to na pewno tam weszłam, albo że tam lepiej nie, to właśnie trzeba było zobaczyć dlaczego nie.

A jak myślisz za co Cię Marcin Prokop najbardziej ceni? Pewnie za wiele rzeczy, bo widać, że jesteście fajną parą na ekranie i że dobrze Wam się razem pracuje.

Bardzo. Myślę, że to jest moje największe szczęście zawodowe, że na swojej drodze spotkałam Marcina. Łączy nas i ciekawość świata, i poczucie humoru, dystans do siebie, i to, że szukamy dobrej strony ludzi, świata, życia. Marcin też jest osobą optymistyczną, która nie widzi tylko czarnych barw. Łączy nas lojalność, bliska bardzo współpraca. To był taki dar od niebios, że kiedyś nasze drogi się po prostu skrzyżowały.

Ale nie jest to jedyny mężczyzna w Twoim życiu, bo masz jeszcze męża...

Jesteśmy ze sobą 30 lat.

Czyli lubicie razem spędzać czas, macie wspólne pasje, kłótnie. (Śmiech)

My się kłócimy. Ja zupełnie nie żartuję.

A potem się godzicie.

Tak, to też jest miłe. Nasze małżeństwo jest bardzo żywe, ostro wymieniamy poglądy, dlatego potrafimy się pokłócić i szybko nam mija. Nie ma czegoś takiego jak ciche dni.. Nie ma też obojętności. Mamy włoskie temperamenty i to powoduje, że nasze małżeństwo trwa.

Ile macie czasu dziennie czy tygodniowo, żeby ze sobą rozmawiać?

Zawsze znajdzie się czas. Rano przy śniadaniu, wieczorem…

O której przy śniadaniu, o piątej?!

Może to się niektórym paniom nie spodoba, ale mój mąż potrafi wstać o w pół do piątej, żeby zjeść ze mną śniadanie. Co prawda on nie je, bo uważa, że jest to niechrześcijańska godzina, żeby połknąć cokolwiek, ale jest to miłe, że chce chociaż ze mną pobyć. Gadamy przy stole i to jest chyba miejsce, które nas bardzo często skupia i to jest ten czas święty, żeby dowiedzieć się, co się w naszym życiu dzieje. Jest też tak, że jedno jest w jednym pokoju, drugie w drugim i gadamy, bo jest coś fajnego do opowiedzenia.

Wspaniałe. Po tych wszystkich rozmowach z ludźmi masz jeszcze ochotę powiedzieć „cześć” i porozmawiać.

Czasami są takie dni, że po wielogodzinnych nagraniach człowiekowi nie chce się otworzyć ust. To też musi być partner, który to zrozumie, że są dni, kiedy jesteś już przegadana albo były tak trudne tematy wywiadów, tak przygnębiające, tak emocjonalnie wykańczające, że już się nie chce prowadzić dialogu. To nie jest lekceważenie drugiej osoby tylko taki element dnia, kiedy po prostu musisz pobyć sama ze sobą.

Mąż musiał się tego nauczyć?

On chyba miał wrodzone to wyczucie, że zamknięte drzwi nie są objawem niechęci do niego tylko potrzeby pobycia w samotności.

Zdarza Ci się samej odpoczywać?

Tak.

I co robisz? Śpisz czy jeszcze coś?

Robię dużo rzeczy, bo ja nie umiem tak leżeć i nic nie robić. To jest strasznie nudne. Najczęściej czytam, bo to jest moja pasja.

Wszystko czytasz czy masz ulubiony gatunek?

Staram się czytać rzeczy z różnych gatunków, choć najbardziej lubię biografie. Bardzo lubię też prozę. Czytam poezję, co jest już reliktem przeszłości, ale do niej wracam. Dziwię się, że ludzie wierszy nie czytają.

Ile godzin śpisz dziennie?

Pięć.

Wystarcza?

Mi akurat tak. Rzeczywiście lubię aktywność. Bardzo lubię swój dom. Lubię, żeby w nim było fajnie, ładnie.

Jak długo w nim mieszkasz?

Siedem lat. To już jest kawał czasu. Mieszkamy na osiedlu w starym sadzie. Jest cicho, spokojnie, mamy sympatycznych sąsiadów. Lubię nasz dom, szczególnie, kiedy odwiedzają nas przyjaciele, organizuję dla nich przyjęcia domowe czy też ogrodowe. Uważam, że jest to najpiękniejsze miejsce pod Warszawą i będę się tego trzymać. Chciałabym mieć większy ogród, bo lubię grzebać w ziemi i przywozić kwiaty z różnych miejsc.

Pogodziłabyś te wszystkie obowiązki?

Jakoś bym dała radę. Na pewno chciałabym mieć trochę więcej przestrzeni, czyli większy ogród, większy dom , sad, drzewa… Kupiłabym dwa koty, dużo psów i kozę.

Naprawdę chcesz mieć kozę?

Tak, chcę mieć kozę, koty i psy. Kozy są bardzo fajne, mądre i są naturalną kosiarką do trawy.

Masz jeszcze inne marzenia i plany?

 1

Marzę o tym, żeby mój syn był szczęśliwy i znalazł dobrą pracę w swoim ulubionym i ukochanym zawodzie. Mam plany zawodowe, ale lepiej o tym nie mówić, bo jak człowiek coś powie to potem się nie stanie, ale na pewno coś tam sobie zrealizuję ze swoich planów i marzeń. Bardzo chciałabym podróżować jeszcze gdzieś dalej, w rejony, w których nie byłam do tej pory.

Bardziej trekkingi czy all inclusive ?

Ja all inclusive nie lubię. Wynajmuję sobie różne miejsca i jeżdżę tam sama lub z przyjaciółmi – całą grupą jesteśmy podróżnikami. Wyjeżdżam w miejsca, gdzie jest mniej turystów, w miejsca nieznane. Śmieszne, ale kiedy jadę do Grecji to nie jadę do hotelu z pięcioma basenami tylko do domu, który sobie wynajmuję gdzieś na plaży na wsi i mieszkam wśród prawdziwych Greków i takie lubię warunki. Mam mnóstwo marzeń. Po to mam te marzenia i plany, żeby żyć pełnią życia.

Beata Sekuła

poniedziałek, 27 marzec 2017 08:42

 

Najważniejsze jest to, co się daje drugiemu człowiekowi

 

Natasza Dereń-Halczok na co dzień pełni wiele funkcji: prowadzi własną firmę, jest Dyrektorem Regionalnym w OVB Allfinanz, mentorką, doradcą finansowym, a przede wszystkim mamą i żoną. Niedawno wydała książkę edukacyjną pt. Przygody Wielkiego Różowego Hipcia. Działa również społecznie. W uznaniu osiągnięć Nataszy Dereń-Halczok Magazyn WHY Story przyznał jej tytuł Kobiety Charyzmatycznej.

 

Natasza Hipcio1min

czwartek, 02 marzec 2017 08:40

Jakie działania warto podjąć, by polepszyć jakość życia osób starszych – wyjaśnia dr Beata Bugajska z Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Szczecińskiego

 

1

czwartek, 19 styczeń 2017 12:45

Dzielenie się wiedzą jako podstawa kultury organizacyjnej

Hanna Godlewska-Majkowska jest profesorem zwyczajnym nauk ekonomicznych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz kierownikiem Zakładu Otoczenia Biznesu w Instytucie Przedsiębiorstwa w strukturze Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie. Jej zainteresowania zawodowe oraz działalność naukowa skupiają się wokół przedsiębiorczości regionalnej i lokalnej. Jest pomysłodawczynią i współautorką ogólnopolskich regionalnych raportów atrakcyjności inwestycyjnej regionów, powiatów i gmin oraz twórcą uznanego w nauce i praktyce gospodarczej kompleksowego podejścia do oceny atrakcyjności inwestycyjnej regionów. Swoich studentów uczy przedsiębiorczego podejścia oraz wspiera w realizacji zawodowych marzeń. Prywatnie - działaczka społeczna o wielkim sercu, zaradna gospodyni i świeżo upieczona babcia.

czwartek, 19 styczeń 2017 11:32

Chemia, podróże oraz bezwzględny profesjonalizm

Sabina Nowosielska jest nie tylko prezydentem Kędzierzyna-Koźla od 2014 roku, ale także organizatorką dalekich wypraw i kobietą przedsiębiorczą: menedżerem, działaczką sportową i społeczną. Z siatkarską drużyną Zaksy Kędzierzyn-Koźle zdobyła dwa Puchary Polski. Pozyskała wielomilionowe kontrakty na Dalekim Wschodzie, osobiście prowadząc negocjacje, co ciekawe, niejednokrotnie w pomieszczeniach chronionych kuloodpornymi szybami. Zarządza urzędem miasta jak dochodowym przedsiębiorstwem, a przy tym łączy rolę matki i żony. Jak jej się to udało?

 

PB232983

Czas nauki oraz organizacji wypraw turystycznych

Pierwszym ważnym wyjazdem Sabiny Nowosielskiej była przeprowadzka do Krakowa na czas studiów. - Miała być medycyna, ale wyszła chemia. Później doszła też ceramika – zdradza Sabina Nowosielska, prezydent Kędzierzyna-Koźla. Została wybrana na przewodniczącą roku studenckiego. Przyznaje, że Kraków pokochała od pierwszego wejrzenia. Regularnie podnosiła swoje kwalifikacje, kończąc studia podyplomowe w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Już na początku studiów zdała egzamin państwowy na pilota wycieczek krajowych i zagranicznych. W czasach, kiedy mało kto wyjeżdżał z Polski, razem z krakowskim Almaturem organizowała wycieczki na Daleki Wschód i do Ameryki Południowej. Chiny stały się jej ulubionym krajem, chociaż, jak przyznaje, dopiero w ostatnim roku dokładnie je zwiedziła. Przez sześć lat pilotowała w języku angielskim, hiszpańskim i rosyjskim. W międzyczasie została prezesem Akademickiego Klubu Turystyki Pieszej „Wibram”, do którego należeli głównie studenci. Zdając egzaminy w terminach zerowych, mogła sobie pozwolić na organizację i udział w dalekich podróżach. Wspomina, że rezerwacji przelotów musiała dokonywać pół roku przed wyprawą – Były to zupełnie inne czasy… Nie było też kart kredytowych.Musiałam nosić przy sobie po dwa, trzy tysiące dolarów, żeby pokryć wydatki całej grupy - to były wtedy niewyobrażalnie pieniądze – wspomina z nostalgią. - Noclegi trzeba było załatwiać na miejscu, bo nie można było jeszcze dokonywać rezerwacji hotelu przez internet. Trampingi te trwały co najmniej miesiąc, a najczęściej dwa, a ja byłam dla turystów przewodnikiem, opiekunem i organizatorem.

Pani prezydent przyznaje, że współpracowała wtedy z Almaturem i zawsze będzie miała sentyment do jego oddziału krakowskiego, bo tam sporo się nauczyła. Wtedy jeszcze nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo wiedza zdobyta w tych podróżach oraz znajomość tak różnorodnych kultur przydadzą się jej w dalszym życiu i pracy...

poniedziałek, 24 październik 2016 09:22

Diety cud nie istnieją - trzeba zadbać o odpowiednio zbilansowane żywienie (pod względem kalorycznym i odżywczym), aby zapewnić sobie dobre samopoczucie, zdrowie i nienaganną sylwetkę przez całe życie.

Agnieszka Bratek promuje zdrowy styl życia. W tej dziedzinie jest praktykiem. Najpierw ukończyła Akademię Wychowania Fizycznego, później studia podyplomowe z zakresu  dietetyki i planowania żywienia. Regularnie bierze udział w biegach długodystansowych (Bieg Siedmiu Dolin w Krynicy, Bieg Rzeźnika), uzyskując czołowe wyniki. Potrafi jednorazowo przebiec 100 km. Udziela się również charytatywnie. Na co dzień pracuje w poradni należącej do ogólnopolskiej sieci „Dobry Dietetyk”.

środa, 07 wrzesień 2016 13:58

Optymista, realista oraz cierpliwy negocjator

Przewodniczący Rady Miasta w Zabrzu, członek Komisji Oświaty Związku Miast Polskich, wieloletni dyrektor Zespołu Szkół Mechaniczno-Budowlanych w Zabrzu oraz Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Pedagog i wychowawca młodzieży. Mąż, ojciec, dziadek. Lider z powołania. Prywatnie opisuje siebie w sportowych kategoriach „fightera”. - Lubię walczyć, nie lubię przegrywać – deklaruje z pasją w głosie.

 

 

Zabrze miastem z wyboru

- Pochodzę z Dąbrowy Tarnowskiej. Moja żona studiowała na Akademii Medycznej w Zabrzu. Często ją odwiedzałem poznając uroki tego miasta. Przyznaję, że wybrałem Zabrze dzięki żonie. Pięćdziesięcioletnie doświadczenie małżeńskie nauczyło mnie doceniać wartość kobiecej intuicji -wspomina Marian Czochara.

wtorek, 30 sierpień 2016 11:12

Dobre życie nie powinno być skutkiem ubocznym

Członek Europejskiej Akademii Nauk, były wykładowca na wielu zagranicznych uczelniach, członek Rady Języka Polskiego oraz trzydziestu różnych organizacji zawodowych i społecznych. Autor książek i artykułów naukowych. Przez dwadzieścia lat szef własnej sieci cukierniczej A.Blikle matematyk, biznesmen, nauczyciel akademicki, współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Informatycznego i nie tylko. Jego witrynę moznainaczej.com.pl odwiedziło ponad dwa miliony internautów. Nagrodzony przez redakcję Why Story tytułem Lider z powołania 2016.

Chciał zostać elektronikiem, ale zbieg okoliczności sprawił, że… rozpoczął karierę naukową jako matematyk-informatyk i w tym zawodzie pozostał przez blisko 30 lat. Później, już jako profesor matematyki, przez 20 lat zarządzał własną rodzinną firmą cukierniczą A.Blikle. Andrzej Blikle chętnie dzieli się z innymi przedsiębiorcami swoim bogatym doświadczeniem w obszarze przedsiębiorczości.

Matematyczne zadanie

Pod koniec siódmej klasy szkoły podstawowej musiał korzystać z pomocy korepetytora z matematyki. Tak zaczęła się błyskotliwa kariera przyszłego profesora. W szkole średniej trafił na genialnego nauczyciela i pedagoga – Jana Kozickiego. Spod ręki mistrza wyszło wielu wybitnych matematyków. Swoją pasją poznawczą absolwent Sorbony zaraził przyszłego profesora. Jednak droga maturzysty do późniejszego zawodu nie była prosta. Zaczął od egzaminu na politechniczny Wydział Łączności (tak wtedy nazywano Elektronikę). Z trzech zadań matematycznych dwa zaliczył na piątkę, a trzeciego nie dokończył, więc dostał za nie 0. Średnia wypadła 3,3 i nie został przyjęty. Gdyby poszedł z reklamacją dlaczego 0 a nie 2 (wtedy najniższy stopień, który dałby mu średnią 4), dowiedział się, że 2 było za źle zrobione, a 0 za nie zrobione. – Do dziś nie wiem, czym różni się źle zrobione zadanie – od niezrobionego – żartuje sobie dzisiaj profesor matematyki Andrzej Blikle.

piątek, 15 lipiec 2016 16:35

Cechy lidera – nabyte oraz wrodzone?

Wywiad z Gabrielą Pudlo-Chojnacką, przedsiębiorcą (prezes Przedsiębiorstwa Górniczo-Budowlanego i Produkcyjno-Handlowego POCH Sp. z o. o. w Zabrzu) oraz działaczką społeczną (wiceprzewodnicząca Rady Miasta, prezes Zabrzańskiej Izby Przemysłowo-Handlowej) na temat rozwijania cech dobrego menadżera oraz osiągania celów. Pani Prezes została właśnie nominowana do tytułu Lider z powołania.

Co sprawia, że człowiek staje się liderem?

Myślę, że to splot różnych sytuacji powoduje, że człowiek nabywa albo rozwija cechy lidera.

Czy w szkole pełniła Pani już role przywódcze?

Nie wiem czemu, ale byłam jakoś zauważana. Kiedy, np. w piątej klasie zmieniłam szkołę podstawową to od razu zostałam przewodniczącą klasy, choć przecież dzieci mnie jeszcze nie znały.

Może za sprawa interesującej powierzchowności?

Możliwe (śmiech). Byłam ostatnio w przedszkolu na konkursie „Mam talent”. Jak dzieci wyszły na scenę to po prostu ich buzie, oczy od razu zasugerowały, kto tu ewentualnie z tej grupy ma szansę zostać liderem. Już w przedszkolu można takie cechy zauważyć, więc uważam, że jest to mieszanka cech, które się dziedziczy oraz umiejętności, które się nabywa w trakcie życia. W życiu pojawiają się różne sytuacje, kiedy człowiek ma szansę wykazać się odwagą i wystąpić, coś powiedzieć, zdominować to środowisko, w którym się znajduje. Kiedy inni ocenią taką postawę pozytywnie, to powoduje, że się taką osobę „puszcza do przodu”, nakładając na nią więcej obowiązków. Jeśli taki człowiek jest zdolny i ambitny, to stara się spełnić oczekiwania grupy i zostaje świetnie zmotywowany do dalszego rozwoju.

wtorek, 14 czerwiec 2016 20:33

Trener Dujszebajew nominowany w programie „Lider z powołania”

 

Podczas konferencji prasowej zorganizowanej przed meczem piłkarzy ręcznych Polska-Holandia w hotelu Novotel w Katowicach miał miejsce miły akcent. Redaktor Naczelna Magazynu „Why Story”Beata Sekuła wręczyła nominację do programu „Lider z powołania” trenerowi Tałantowi Dujszebajewowi za wybitne osiągnięcia sportowe oraz w pracy szkoleniowej.

 Beata Sekuła wręczyła nominację trenerowi Tałantowi Dujszebajewowi

Zapraszamy do obejrzenia wręczenia nominacji Tałantowi Dujszebajew do tytułu: Lider z powołania podczas konferencji prasowej przed meczem Polska - Holandia.

niedziela, 22 maj 2016 11:36

Wywiad z prof. dr hab. Andrzejem Blikle na temat rozwijania pasji w pracy, powołania do zarządzania personelem szczególnie w firmach rodzinnych przeprowadziła Beata Sekuła, redaktor naczelna WHY Story oraz autorka programu: Lider z powołania  podczas Business Woman Congress oraz w cukierrni Blikle.

 

piątek, 18 marzec 2016 21:33

Zdeterminowana i ambitna. Każdy egzamin zdany w terminie. Kobieta czynu.

 

Gabriela Pudlo-Chojnacka właścicielka firmy P.G.B. i P.H. „Poch” Sp. z o.o. Żona, matka, babcia, która zbudowała nie tylko firmę ale także dom. Miała być lekarzem, została inżynierem mechanikiem. Zahartowana przez życie i kopalnię.

 

 Wręczenie dyplomu Gabrieli Pudlo-Chojnackiej (Prezes POCH Sp.Z.O.O w ramach programu "Kobieta Charyzmatyczna" przez Magdalenę Saganowską - redaktor Whystory.pl

Kobieta inżynierem mechanikiem? To niemożliwe…

- W przyszłości, chcę zostać głównym mechanikiem na kopalni – powiedziała tacie. Z czasem, mimo przeszkód, zrealizowała młodzieńcze ambicje. Twierdzi, że jest w czepku urodzona. Wyrosła w domu, w którym wartością była rodzina, Bóg i odpowiedzialność.

W szkole podstawowej miała więcej kolegów niż koleżanek. Uważa, że była za chuda, bo przy wzroście 168 cm ważyła zaledwie 36 kg. Przyznaje, że zazdrościła wówczas rówieśniczkom kobiecych kształtów. Do trzeciej klasy liceum chciała studiować medycynę, ale kiedy ojciec zabrał ją na zabawę organizowaną przez Kopalnię, poznała tam ówczesnego Głównego Mechanika pana Ernesta Plutę i stwierdziła, że chce pójść w jego ślady. - Zaintrygował mnie dostojny mężczyzna w smokingu i w muszce, do którego wszyscy zwracali się z ogromnym szacunkiem. Już wtedy chciałam zająć jego stanowisko – śmieje się.

Chociaż zawód lekarza wydawał się jej bardziej kobiecy, to chemia i biologia zeszły teraz na dalszy plan, bo matematyka i fizyka stały się najważniejszymi przedmiotami. Zdecydowała się zdawać na Politechnikę Śląską w Gliwicach na Wydział Mechaniczno-Technologiczny. Rodzice zadbali o jej dobrą edukację, były więc korepetycje z przedmiotów ścisłych. W klasie maturalnej zdała kurs prawa jazdy i egzamin końcowyw Szkole Muzycznej. Grała na akordeonie, kontynuując rodzinną tradycję. Po zdanej maturze, przyszedł czas na egzaminy wstępne na studia. - Jeden z przewodniczących komisji zawołał kolegę z sali obok i powiedział: „zobacz, jak ta dziewczyna jest świetnie przygotowana” - wspomina z dumą. Dostała się na męski kierunek - na stu dwudziestu studentów było tam zaledwie dwanaście kobiet, ale nie miała z tym żadnych problemów.

 

Studia i macierzyństwo

Wspomina, że w młodości rodzice trzymali ją krótko – nie pozwalali na wyjazdy czy nocne wyjścia. - Centrum Zabrza było dla mnie jak stolica – śmieje się pani Gabriela. Na drugim roku studiów wyszła za mąż. Była dwa razy w ciąży podczas studiów. Ukończyła je jednak w terminie, nie korzystając z żadnego urlopu dziekańskiego. Jedno dziecko straciła, ale się nie poddała. Nie lubiłam dawać plamy. Tak byłam nauczona z domu. Nie mogłam nikogo zawieźć, niezależnie od ceny, jaką musiałam zapłacić– mówi o sobie. - Nie wiem skąd mi się to brało, ale trudne przeżycia zamiast mnie osłabiać, tylko mnie wzmacniały. W ten sposób się hartowałam.

Była pilną studentką. Z jej notatek korzystał brat i mąż oraz wszyscy studiujący na wydziale. Przychodziła z zajęć i przepisywała notatki, podkreślając kolorami ważne informacje. - Tak się uczyłam, dużo zostawało mi w głowie, mam pamięć wzrokową – opowiada.

Interesowała się też modą, będąc zawsze elegantką, ale wychowywała się w czasach, w których w sklepach nie było nic. Na szczęście miała rodzinę w Niemczech, która przesyłała jej tkaniny. W nocy szyła spódnice lub sukienki, a rano wychodziła w nich na zajęcia.

 

Praca i płaca

Od lewej Magłorzata Gembala-Obuchowska (Fundusz Górnośląski), Gabriela Pudlo-Chojnacka (Prezes POCH Sp.Z.O.O), Beata Twardowska (Prezes Fundacji Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej)

sobota, 12 marzec 2016 10:33

Ekologia i ekonomia

 

Kasia wybudowała setki domów dla klientów, trzy dla siebie i rodziny. Gdzie mieszka obecnie? W domu ukochanego… Najpierw zobaczyła jego piękny dom przy drodze, którą jechała do pracy, potem zdobyła się na odwagę, żeby powiedzieć mu, co myśli o jego guście, aż w końcu wyszła za niego za mąż i wprowadziła się do budynku, którego nie zbudowała...

 

Katarzyna, szykowna pięćdziesięciokilkulatka, inżynier budownictwa. Po ukończeniu studiów na Politechnice Krakowskiej, pracuje przez kilka lat jako nauczycielka przedmiotów zawodowych w technikum budowlanym. Wychodzi za mąż, rodzi córkę, Magdę, i w 1989 roku wyjeżdża z rodziną do Niemiec. - Chcieliśmy polepszyć sobie warunki życiowe, było to kilka miesięcy przed zburzeniem muru berlińskiego – wspomina. - Gdyby zdarzyło się to wcześniej, może byśmy zostali w Polsce. W Niemczech mieszkają przez dziewięć lat. Początki są trudne, jak to bywa w sytuacji imigrantów. Większość czasu spędzają na kursie języka niemieckiego. Wynajmują niewielkie mieszkanie, mąż Kasi znajduje pracę w biurze projektów, a ona po dwóch latach, będąc w ciąży z drugą córką – Agatką, zakłada własną działalność gospodarczą. Jako podwykonawca przygotowuje projekty dla firmy, która buduje domy pod klucz, na bazie budownictwo szkieletowego.

- Budowanie domów metodą szkieletową było 20 kila lat temu zupełnie nową technologią w Polsce, w ogóle nie uczyliśmy się tego na studiach – przyznaje Kasia. - Znałam ją tylko ze słyszenia. Metoda ta oparta jest na tzw. technologii szkieletu drewnianego ciężkiego, który jest popularny szczególnie na rynku niemieckim, szwajcarskim czy austriackim. Konstrukcję budynku stanowi drewno, słupy drewniane, podwalina, która jest z drewna, oczep, który spina na górze ściany. Od tzw. tradycyjnych domów, budowanych z materiałów ceramicznych z cegły, pustaka, czy ytongu różni się tym, że tu cała konstrukcja jest drewniana. Wypełnieniem między słupami, czyli elementami konstrukcyjnymi, jest wełna mineralna. Są to domy ekologiczne, ekonomiczne i bardzo szybko się je buduje.

Od swojego zleceniodawcy Kasia otrzymuje gruby segregator z dokumentacją zawierającą wszystkie szczegóły: rozrysowane przykładowe ściany, połączenia okien, parapetu. Musi sama się tego wszystkiego uczyć, przeanalizować rysunki, dopytać się o trudniejsze kwestie, aż w końcu stwierdza, że już wie tyle, że może samodzielnie zająć się projektowaniem. Jest skrupulatna, nie popełnia błędów, więc otrzymuje coraz więcej zleceń. Miesięcznie wykonuje od 10 do 12 projektów, a rocznie od 100 do 120, więc łatwo obliczyć ile ich przygotowuje w ciągu sześciu lat pracy dla tej firmy. - Moje pierwsze projektyzweryfikowały moją przydatność, a praca ta stanowiła dla mnie ważne źródło dochodów.

 

Pierwszy własny dom: przewaga funkcjonalności nad formą oraz konsekwencja planowania

Kiedy Agatka skończyła trzy lata, rodzina Zosi wprowadza się do domu całkowicie przez nią zaprojektowanego. Mieszkają tu ponad cztery lata. Decyzję o jego zbudowaniu podejmują po dwóch latach pobytu w Niemczech. - Zaprojektowałam go zupełnie sama, bo kto miał wiedzieć lepiej niż ja, jaki dom będzie odpowiedni dla mojej rodziny! - mówi z rozbrajającą szczerością. Kiedyś chciała studiować architekturę, to było niespełnione marzenie, które później stało się jej hobby. Mieszkając wcześniej w M3 czy M4, Kasia dowiaduje się czego potrzebuję jako żona i matka dwójki dzieci oraz jako kobieta prowadząca własną działalność gospodarczą.

Tak projektuje swój pierwszy 140-metrowy dom (podpiwniczony, z pojedynczym wolnostojącym garażem), żeby był przede wszystkim funkcjonalny, a nie tylko piękny.- Wreszcie oprócz balkonu mogłam mieć swój ogródek i taras. Od razu wiedziałam, że dojście do niego ma być jak najprostsze, bez zbędnego pokonywania meandrów między fotelami i innymi meblami. Miał być więc blisko kuchni, ewentualnie aneksu, żebym niosąc tacę z napojami nie musiała się o nic potykać – mówi z przekonaniem. Zosia woli mieć o wiele mniejszą kuchnię, ale ważna jest dla niej spiżarka, w której umieszcza słoiki i wszystkie inne produkty spożywcze wymagające niższych temperatur. Kuchnia jej zdaniem ma być takim miejscem, żeby obracając się wokół własnej osi, miała dostęp do zlewu, lodówki i pieca.

Ponadto ktoś, kto mieszka w bloku z całą rodziną wie, co go denerwuje i czego mu brakuje, np. miejsc, w które można odstawić odkurzacz, deskę do prasowania, wiaderko z mopem, buty, buciki, itp. Dlatego projektuje garderobę od razu przy wejściu do domu, a nie małą wnękę, gdzie ciągle tworzyłby się bałagan ze względu na natłok ubrań, gdzie „winogrona” czapek, szalików ciągle spadałyby z wieszaków. Powstaje zamykana garderoba, z okienkiem, żeby była możliwość wietrzenia, aby pozbyć się niepożądanych zapachów, żeby wysuszyć buty, np. po powrocie dziewczynek z sanek.

Łazienka stanowi kolejne wyzwanie, bo w bloku bez względu na to, jak ją zagospodarowała i posprzątała, zawsze panował bałagan. Brakowało zamykanego miejsca na schowanie środków piorących, czyszczących, zmywaków, gąbeczek, szczoteczek, stert brudnych ubrań dzieci. Teraz może zaprojektować sobie taką, z której jest niewyobrażalnie dumna, która spełnia wszystkie jej wymagania. Bezpośrednio z łazienki jest wejście do pomieszczenia gospodarczego - domowej pralni z blaszanym zlewozmywakiem, pralką i suszarką rozłożoną na stałe. Miejsce to jest odpowiednio wentylowane dzięki oknu dachowemu. – Z praniem szło się do tego „brudownika”, gdzie pomimo nazwy jaką mu nadaliśmy, było czysto i miło, i miałam nareszcie taką łazienkę, jaką zawsze chciałam mieć - schludną i estetyczną.

Ostatnim, jednak bardzo ważnym, pomieszczeniem, które Zosia projektuje w tym domu jest jej duże biuro w piwnicy z osobnym wejściem, tak żeby klient nie musiał wchodzić na teren domu, tylko bezpośrednio do jej pracowni. Tam umieszcza biurka, stoły z komputerami i tam pracuje najczęściej nocami. - Chciałam mieć własną firmę, a nie szukać u kogoś zatrudnienia ze względu na małe dzieci. To była jedyna możliwość, żeby być przede wszystkim matką, a później przy okazji jeszcze pracować zawodowoi zarabiać własne pieniądze – wspomina, odgarniając energicznie jasne włosy z delikatnej twarzy. - Natkę zawoziłam rano do przedszkola, a potem albo gotowałam, albo sprzątałam, albo projektowałam. Najczęściej pracuje jednak nocą, kiedy wszyscy śpią, jest wtedy cicho, ma wreszcie spokój i może się skupić na planie domu, który aktualnie wykonuje. Teraz już by tak nie potrafiła, nie lubi się skarżyć, ale pamięta ten czas jako okres nieustannego zmęczenia i niedospania. Jej praca polega na planowaniu, nie od strony architektonicznej, bo dostaje od architekta mniej więcej gotową koncepcję, sama jednak musi to przełożyć pod kątem inżyniersko-budowlanym. Ustala, jaki ma być rozkład pomieszczeń często jedynie na bazie szkiców, które otrzymuje, wielokrotnie przygotowanych odręcznie z naszkicowanym zaledwie obrysem domu z podaną jego szerokością i wysokością kalenicy (najwyższą częścią dachu utworzoną na przecięciu połaci dachowych), a Zosia musi dopracować ten projekt tak, żeby ten dom funkcjonował, zaplanować wszystkie szczegóły techniczne: elektrykę, kanalizację, ogrzewanie.

Swój dom projektuje od samego początku, osobiście załatwia pozwolenie na budowę, ale do prac technicznych zatrudnia firmę, której pracę nadzoruje. Zauważa, że przewaga jakości usług firm niemieckich nad polskimi jest wówczas ogromna, obecnie nie ma już takich różnic. Natomiast ma większe trudności z zorganizowaniem w Niemczech takiego miniprzetargu dla kilku firm na wykonanie domu na podstawie własnego projektu.

Sama wybiera kafelki, materiały na podłogi, blaty i fronty mebli kuchennych. - Pierwszym problemem była rozbieżność finansowa pomiędzy tym, co mi się podobało, a tym, na co mogłam sobie pozwolić. Wchodziłam do studia z kafelkami, natychmiast wpadały mi w oko te, które chciałam mieć u siebie, a one były oczywiście najdroższe i nie stać mnie byłona nie– opowiada. - Ponadto, praktycznie po raz pierwszy mierzyłam się z problemem wyboru, w tamtym czasach nie miałam takich dylematów, w Polsce nie było takiej sytuacji, bo u nas trudność stanowiło znalezienie jakichkolwiek materiałów remontowo-budowlanych. Trzeba iść na kompromis, zabiera dwuletnią córeczkę i udaje się na poszukiwanie końcówek serii, z których robi później piękną toaletę. W ten sam sposób znajduje też porcelanowe kafle na kominek.

- Od wbicia łopaty w grunt do momentu wprowadzenia się upłynęło dokładnie dziewięć miesięcy, trwało to tyle, co ciąża – śmieje się. Zaważa też, że dom powinien być skrojony pod jego właściciela czy użytkownika – taki na własną miarę. Dlatego każdy jej dom był inaczej zaprojektowany.

 

Powrót do Polski i budowanie nowego domu

Do Polski wraca wraz z rodziną w 2000 roku. Już wcześniej kupują działkę budowlaną oraz składa wniosek o pozwolenie na budowę, przygotowując sobie powrót do ojczyzny. Kolejny dom ma być skrojony na ich nowe potrzeby. Dzieci są już nieco starsze, młodsza córka ma rozpocząć naukę w szkole, a starsza pójść do 8 klasy. - Ja też, zawodowo, chciałam iść do ludzi, mieć z nimi częstsze kontakt, więc nie planowałam biura w domu. W tych okolicznościach stwierdziłam, że piwnica nie będzie nam potrzebna - zauważa. Nie chce też ozdobnych balkonów, bo to zawsze stwarza ryzyko dla bezpieczeństwa dzieci, a stanowi niepotrzebny wydatek oraz przysparza dodatkowego wysiłku podczas mycia kafelków, utrzymywania go w porządku. Stwierdza natomiast, że można wprowadzić więcej światła do sypialni dzięki balkonom francuskim. Projektuje tym razem dwa tarasy, jeden przy samej kuchni i drugi z dużego pokoju dziennego. Częściej jednak korzystają z tego pierwszego, który jest częściowo zadaszony, więc daje schronienie przed wiatrem, słońcem i niewielkimi opadami. - To było nasze ukochane miejsce, tam się jadło śniadanie w weekendy, obiady w ciągu tygodnia, tam dzieci odrabiały zadania. Tam też przyjmowaliśmy gości. Żałuje tylko, że dom nie jest zbudowany metodą szkieletową, bo byłby cieplejszy i bardziej ekonomiczny w użytkowaniu, ale nie zna wtedy takiej firmy, która mogłaby im go wybudować Polsce. - Pierwszy dom też nie był szkieletowy, bo nie miałam ugruntowanej wiedzy na ten temat – przyznaje. -Tkwiłam jeszcze w przekonaniu, że co murowany, to murowany.

Kiedy planuje drugi dom, rozważa już takie rozwiązanie, ale wtedy jeszcze Internet nie działał tak, że można było jednym kliknięciem zdobyć wszystkie informacje czy poszukać opinii na forum. W budowie domu pomaga jej ojciec, który jest inspektorem budowlanym. Powstaje on w pobliżu rodzinnego Bielska, kilkaset kilometrów od domu rodziców. Fundamenty i mury stawia jej polecona trzyosobowa firma. Wówczas nie ma już w Polsce problemów z zakupem materiałów budowlanych, trzeba tylko poświęcić więcej czasu, ale to też nie stanowi problemu, ponieważ Kasia świadomie nie podejmuje przez jakiś czas pracy zarobkowej. Poświęca go na wybudowanie domu i pomaganie dzieciom w asymilacji w nowym kraju ich zamieszkania oraz w nauce. Starsza córka po przejściu ze szkoły niemieckiej do polskiej ma problemy ze zrozumieniem lektur pianych w języku staropolskim. Kasia czyta je z nią i tłumaczy na język współczesny. Uczy ją też matematyki, fizyki, chemii, bo jednak w Polsce jest wyższy poziom nauczania z tych przedmiotów, tak długo aż dziewczyna wyrównuje różnice programowe .

W Niemczech firma budowlana sama organizowała materiały, a Kasia zajmowała się tylko wykończeniówką: okładzinami, malowaniem, tapetowaniem czy kafelkowaniem i nie musiała interesować się etapem wylewania stropu, który jest bardzo ważny. W Polsce to ona jest odpowiedzialna za zakup desek w tartaku, żeby móc zaszalować strop. Nie jest to dla niej jako dla inżyniera budownictwa trudne, ale jednak bardzo czasochłonne i wyczerpujące. Sama zamawia i wylicza ilość belek stropowych, pustaków, betonu jaka jest potrzebna. Wielokrotnie ma dosyć. - Zrobili mi zły drenaż i po dwu tygodniach ciągłych opadów już widziałam, że coś jest nie tak, że ściana jest ciągle wilgotna, a powinna podsychać. Odkopywaliśmy całą opaskę, zakładaliśmy na nowo izolacje pionową, bo się okazało, że mi folie kubełkową źle położyli, nie tak jak powinni, a ja tego wcześniej nie zauważyłam – wspomina już teraz z dystansem.

Dopiero po kilku wpadkach, zdaje sobie sprawę, że choć asortyment materiałów na ówczesne czasy w Polsce jest już bardzo dobry, wystarczający, żeby wybudować dom wysokiej jakości, to w parze z tym nie idzie wiedza robotników. - Wiadomo, że skuteczną izolacją pionową jest folia kubełkowa, kiedyś to robiono w ten sposób, że masą bitumiczną smarowało się fundamenty, natomiast są to ściany fundamentowe i to była izolacja pionowa, którą stosowano przez dziesiątki lat – tłumaczy. - Ja kupiłam folię kubełkową, ale nie przyszło mi do głowy, ze muszę jeszcze tłumaczyć tym moim budowlańcom, że należy tymi kubełkami oprzeć ją o ściany fundamentowe. Idea tej izolacji polega na tym, żeby pozostawić wolną przestrzeń między ścianą fundamentową a folią - jest to przestrzeń powietrzna, która jest wentylowana i która powoduje, że jeśli pojawia się jakieś zawilgocenie, to jest możliwość odeschnięcia. - Była przekonana, że moi fachowcy o tym wiedzą, i wtedy po raz pierwszy pomyślałam sobie, że z jednej strony sprowadzamy lub produkujemy innowacyjne materiały, o których jeszcze kilkanaście lat temu nam się nawet nie śniło, ale z drugiej - budowlańcy na poziomie murarzy po prostu nie mają jeszcze dostatecznej wiedzy, jak z nich korzystać. Po niecałym roku udaje się im wprowadzić.

Znajduje pracę w firmie budowlanej pod Bielskiem, która produkuje domy szachulcowe oparte na konstrukcji drewnianej. Wysyła je, składa i wykańcza pod klucz w Niemczech, głównie w okolicach Berlina. Niestety firma plajtuje, ale już po tygodniu dzwoni do niej ich strategiczny kontrahent z propozycją współpracy. Zosia, po chwili zastanowienia, przyjmuje propozycję. Zatrudnia pracowników i zakłada spółkę wraz z bratem. Prowadzi ją nadal, czyli od piętnastu lat. Jest dumna ze swoich domów, bo wyglądaj atrakcyjnie, można je szybko zbudować i są energooszczędne. Można też szybko się do nich wprowadzić, gdyż w domach budowanych metodą tradycyjną, w których stosuje się tzw. techniki mokre należy odczekać kilka miesięcy, aż wszystko wyschnie i woda wyparuje. - Taki budynek powinien przeżyć zimę w stanie niezamkniętym. W pierwszych naszych domach czuliśmy wilgoć już w nim mieszkając – przyznaje. - Starzy budowlańcy tak mówią: na wiosnę stawiasz mury, więźbę dachowa, przykrywasz dachówką, zabezpieczasz ten dom, ma już kapelusz - nie będzie się na niego lało - i nawet nie montujesz okien, tylko zabijasz deskami, i tak ten dom przezimuje, co ma z niego odeschnąć, co ma przehulać wiatr. Kasia twierdzi, że są takie agregatory na rynku, które są w stanie wyciągnąć wilgoć, tylko pośpiech nie jest wskazany w przypadku domów tradycyjnych. Twierdzi natomiast, że w przypadku domu szkieletowego, można się do niego wprowadzić po trzech miesiącach.

 

Kolejne domy

Po rozstaniu z mężem w 2007 roku sprzedaje dom. Kasia wynajmuje mieszkanie i kupuje po długich poszukiwaniach kolejną działkę. - Nie jestem ogrodniczką, lubię mieć ogród, ale nie mam chęci „wokół niego chodzić”, lubię mieć roślinki, ale nie jestem z tych, którzy do nich mówią i każdą sobotę będą spędzać na ich plewieniu – mówi. - Chciałam więc, żeby to było coś, co mi daje wokół zieleń, odpoczynek i to, co przy domach zwykle bywa, ale nie żeby mnie obciążyło. W tej sytuacji kupuje większa działkę, dzieli ją na dwie części i buduje dom bliźniak metodą szkieletową. Zgodnie z obowiązującym przepisami, które pozwalają na dokonanie podziału domu w stanie surowym zamkniętym, dokonuje podziału budynku i działki. Drugą część sprzedaje.

Zachowuje dla siebie dom o powierzchnię 100 m2. Składa się on także z pomieszczenia zewnętrznego gospodarczego i wiaty garażowej. Jedynej rzeczy, której nie była w stanie zmieścić to dodatkowa garderoba przy wejściu, ale nie było to już potrzebne jej dużym córkom. Ustawiła solidną szafę na okrycia oraz komodę na buty i to im wystarczyło.

Paradoksalnie, chociaż Kasia jest inżynierem budownictwa i wybudowała tyle domów, życie tak się jej układa, że obecnie nie mieszka w żadnym z nich – serce wybrało inaczej. - Jeżdżąc do pracy, codziennie byłam świadkiem powstawania pewnego domu, tylko nie wiedziałam, kto jest inwestorem. Każdego dnia zauważałam postępy w pracach i coraz bardziej mi się podobało – opowiada swoją historię. - Większość kobiet pewnie zwraca uwagę na inne rzeczy, ja patrzę na domy, np. kiedy jadę autem, to myślę: ten budynek jest naprawdę ładny, a tamten ma brzydką dachówkę, każdy wyróżnia się jakąś szczególną cechą. Zawsze chciała mieć taki bungalow w kształcie litery L, doceniła też dachówkę, ale wtedy nie miała pojęcia, że kiedyś tu zamieszka...

Beata Sekuła

 

środa, 06 styczeń 2016 21:55

Polscy szczypiorniści prywatnie

 

Który z polskich piłkarzy ręcznych potrafi ugotować kluski śląskie a który gotuje wszystko. Kto ma największe poczucie humoru? Czyim bohaterem z dzieciństwa był Krecik a czyim Popeye the sailor? Te i inne odpowiedzi znajdziecie Państwo w cyklu, który dzisiaj inaugurujemy „Piłkarze ręczni jakich nie znacie”. Naszym szczypiornistom zadaliśmy 10 pytań, w pierwszej części przesyłamy odpowiedzi Sławomira Szmala, Piotra Grabarczyka oraz Krzysztofa Lijewskiego. W kolejnych dniach kolejni szczypiorniści. Miłej lektury!

 

Piotr Grabarczyk

Piotr Grabarczyk

1. Najlepszy na mojej pozycji na świecie: Cedric Sorhaindo

2. Najlepsza forma relaksu: Muzyka, Film

3. Najlepszy mecz w karierze: Przede mną

4. Ulubiony aktor: Morgan Freeman

5. Ulubiony sportowiec: Karol Bielecki

6. Sportowy idol z dzieciństwa: Michael Jordan

7. Bohater z dzieciństwa (poza sportem): Popeye the sailor (z bajki)

8. Najlepsza polska komedia: Kogel Mogel

9. Największe poczucie humoru z polskich szczypiornistów ma: Przemysław Krajewski

10.  Potrawa, którą sam potrafię przygotować: Spaghetti

 lijewski

 Krzysztof Lijewski:

środa, 23 grudzień 2015 15:40

Odpowiedzialność, rzetelność i praca z pasją

 

Marek Szymański, prezes Franke Polska, uwielbia wyzwania oraz budowanie od podstaw. Założone przez siebie fabryki zlewozmywaków nazywa „swoimi dziećmi”. Jest świetnym menadżerem, chwalonym przez pracowników za wyrozumiałość, ale też narzuca im wysokie standardy. Pomimo licznych sukcesów, potwierdzonych wieloma nagrodami, pozostał skromnym, aczkolwiek niezmiernie pracowitym i ambitnym.

 PrezesSzymanski2 bezkafelki

Obecne funkcje

Marek Szymański żartuje, że był prezesem oddziału w Polsce na podstawie powołania na to stanowisko przez Radę Nadzorczą koncernu FRANKE, a obecnie jest zatrudniony w tej samej spółce i nie jest już prezesem z powołania, tylko z umową o pracę.

Od 20 lat związany jest ze szwajcarską marką Franke. Od 2006 roku piastuje stanowisko Prezesa Zarządu Franke Polska oraz jednocześnie Dyrektora Regionalnego Europy Wschodniej. Za sprawą jego zaangażowania udało się przeprowadzić restrukturyzację firmy, zwiększyć udział w rynku i wzmocnić pozycję handlową marki. Obecnie Franke Polska zatrudnia prawie 80 osób, ma znaczący udział w polskim rynku zlewozmywaków i konsekwentnie rozwija sprzedaż innowacyjnych urządzeń kuchennych.

W 2014 roku został także powołany na stanowisko Prezesa Zarządu Polsko-Szwajcarskiej Izby Gospodarczej. Do jego zadań należy promowanie i wspieranie rozwoju polsko-szwajcarskich stosunków gospodarczych oraz działalności biznesowej firm członkowskich, a także zapewnienie dynamicznego rozwoju Izby, w oparciu o nowatorskie projekty adresowane do firm stowarzyszonych.

 

Czas nabywania kompetencji lidera

- We wczesnej młodości nie wstępowałem w szeregi żadnej organizacji, bo chodziłem do szkoły w okresie PRL-u i wszystkie one były wtedy określone politycznie – przyznaje Marek Szymański. - Być może moje tzw. przywódczo-organizacyjne zainteresowania przejawiały się podczas przygotowań do wspólnych wyjazdów z przyjaciółmi. Z reguły to on wybierał miejsca wypraw, organizował bilety, zbierał od nich pieniądze. Był skarbnikiem od zawsze i wszyscy mieli do niego zaufanie w tej kwestii, bo było wiadomo, że „pieniądze się go zawsze trzymały”, i prywatnie, i jak widać biznesowo – potrafił nimi sprawnie zarządzać.

Uważa, że „zestawu narzędzi” niezbędnych do wykonywania ról menadżerskich dostarczyły mu m.in. szkoły, do których uczęszczał. Najpierw ukończył Liceum Ogólnokształcące nr L im. R. Barbosy, należące do czołówki polskich szkół, które szczególnie rozwijało kompetencje młodzieży związane ze zdrową rywalizacją poprzez przygotowania do licznych konkursów i olimpiad. Następnie studiował ekonomię w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie (wtedy SGPIS). Później wyjechał za granicę i skończył studia w Niemczech - nauki ekonomiczne, na kierunku zarządzanie przedsiębiorstwem, ze specjalizacją marketing, koszty i produkcja oraz zarządzanie przedsiębiorstwami energetycznymi.

Umiejętności osiągania celów i wygrywania nabył także poprzez uprawianie różnych sportów, będąc, jak żartuje prezes Szymański, przeciwieństwem W. Churchilla, który zapytany jak dożył w tak doskonałej kondycji tak pięknego wieku, odpowiedział bardzo krótko: „no sports”. - A ja grałem bardzo namiętnie w piłkę nożną, w wieku młodzieńczym było to moją ogromną pasją. Chyba nawet całkiem nieźle to robiłem, ale niestety z powodów zdrowotnych musiałem przestać, pewnie po prostu za dużo spędzałem czasu na boisku, bo ciągle miałem naderwane mięśnie – wspomina. Grał także często w badmintona. - Strasznie mi się zawsze podobał ten sport, ale nie jestem pewny, jak długo będę go jeszcze uprawiał, bo jest zbyt szybki, zbyt agresywny, a ja zawsze gram na sto procent.

 

Zdobywanie szlifów zawodowych

- Nigdy nie bałem się żadnej pracy, zawsze traktowałem to jako mój obowiązek, żeby zarobić na siebie i rodzinę. Po wyjeździe z Polski w 1985 roku, kiedy znaleźliśmy się z żoną w Niemczech bez pieniędzy dorabiałem, sprzątając stajnię – wspomina Marek Szymański. Natomiast pierwsze poważne doświadczenia zawodowe zdobywał w branży budowlanej i samochodowej, prowadząc własną działalność gospodarczą. Założył warsztat samochodowy, a później firmę remontową. Pracował także w dużej hurtowni dentystycznej, oferującej około 60 tys. artykułów: od plomb po fotele dentystyczne - był tam szefem eksportu. - Firma ta zajmowała się sprzedażą szerokiego asortymentu dla dentystów i protetyków. Była to trudna praca, bo wymagała gruntownej wiedzy na temat wszelkich właściwości produktów – opowiada pan Marek.

niedziela, 22 listopad 2015 02:08

W latach 1991–1996 studiowałem socjologię. Moje wspomnienia z tamtego okresu są jak chmurki na wietrze błękitnego nieba: egzamin wstępny, akademik, Ania. Egzamin z języka polskiego, historii, języka angielskiego. Później był akademik - nauka lub picie do rana; koszykówka - do upadłego, bez zastanawiania się nad konsekwencjami zdrowotnymi czy możliwością dalszej kariery (co nie oznacza, że nie żałuję, że się nad tym nie zastanawiałem).

 

Ania - poznana na drugim roku, studiowała politologię; dzieliliśmy wspólnie korytarz, na którym znajdowały się te dwa kierunki wydziału nauk społecznych; nad nami była filozofia, pod - historia; nad chodziliśmy bardzo często (było tu cicho i bezludnie; nas niewielu, około czterdzieści osób, filozofów jeszcze mniej), pod - rzadko, w tłoku przeszłych ważnych wydarzeń czuć było zaangażowanie ideologiczne. Ale ta Ania, którą zagadnąłem w szkolnej księgarni pytaniem na temat Lolity Nabokowa; nie pamiętam o co ani co odpowiedziała. Odprowadziłem ją na przystanek autobusowy i tak już zostało - już ponad dwadzieścia lat na różnych przystankach czekamy razem, do różnych autobusów wsiadając.

Studia to także nauczyciele. Dobrze wspominam tych, na których musieliśmy czekać (czasami bez skutku). Nie zwracając uwagi na godzinę rozpoczęcia zajęć, zjawiali się spóźnieni. Jednak nikomu z nas nie przyszło nawet na myśl, żeby się z tego powodu poskarżyć jakimś ciałom administracyjnym uczelni; zajmowaliśmy się sobą, by po nadejściu prowadzącego zasiąść w ławkach. Słuchaliśmy niezrozumiałych wypowiedzi; czując, że motywują do rozszyfrowania nowo poznanych pojęć, czytania książek, myślenia nad nimi po wyjściu z uczelni, w domu, na wakacjach. Spóźnialscy wymagali od nas czytania książek, dyskusji i sporządzania notatek z wykładów (przy użyciu długopisu).

Źle wspominam punktualnych, zaczynających i kończących zawsze o wyznaczonej godzinie. Jeśli ktoś z nas się spóźnił, nie był wpuszczany na wykład czy ćwiczenia lub otrzymywał karę w postaci wykonania dodatkowej pracy. Patrząc na nich widziałem ich zamknięte głowy i otwarte książki na biurkach, czytali z nich powoli, pilnując byśmy dokładnie przepisali tekst. Pewnie dziś są to ci, którzy nie potrafią przeprowadzić zajęć bez pomocy rzutnika multimedialnego. Stojąc tyłem lub bokiem do zebranych, czytają pojawiające się zdania, co jakiś czas robiąc przerwę, by coś powiedzieć, przeprowadzić niby swoją analizę, żeby nie wyglądało, że tylko czytają, żeby usprawiedliwić swoją obecność, jakoś wytłumaczyć zebranym po co tutaj są, bo przecież nie po to, żeby przeczytać tekst pojawiający się na ścianie; jednak nie są to żadne analizy, krytyki, interpretacje, jedynie ubogie parafrazy.

Osobą, która łączyła w sobie najlepsze cechy dwóch opisanych zbiorów nauczycieli była pani doktor Basia od statystyki - dowód na to, że w przyrodzie nie występują czyste modele - nie spóźniała się na zajęcia, kończąc je o wyznaczonej porze, przed sobą nie miała otwartej książki, przekazując trudne treści, w jakie obfituje demografia i statystyka, w sposób, który mógł zainteresować, nie posługiwała się także rzutnikiem multimedialnym; wymagała czytania książek i używania długopisu. Była ładną blondynką, zawsze elegancko ubraną. Widziałem w niej osobę wymagającą. Jednak wtedy, jako student mieszkający w akademiku, mający wiele ciekawych zajęć na oku, nie analizowałem dokładnie jakości pracy swoich wykładowców.

Przyszedł na to czas wiele lat później. W szkole, w której pracowałem jako nauczyciel spotkałem panią Basię. Widywaliśmy się mniej więcej raz w tygodniu, w godzinach wyznaczanych planem zajęć. Uczyła tego samego, co w Uniwersytecie - demografii i statystyki. W małej, kameralnej szkole mogłem poznać ją lepiej (co nie znaczy, że dobrze). Podziwiałem jej starannie wypełniony dziennik lekcyjny, zapisany drobnymi literkami, zawierający wyczerpujący i spójny opis prowadzonych zajęć, podczas gdy miejsca w dzienniku przeznaczone dla innych nauczycieli zazwyczaj świeciły pustkami, a ewentualne wpisy dokonywane były byle jak.

W ostatnim roku naszej pobieżnej znajomości Pani Basia chorowała, przez cały czas prowadząc wykłady i egzaminy; czasami zdarzało się, że zasłabła i musiała opuścić szkołę w karetce pogotowia ratunkowego; co nie przeszkadzało jej następnego dnia, prowadząc swój samochód, zjawić się w szkole. Jako pracownik różniła się od tych, którzy wieczorne kichnięcie traktują jako oczywisty powód, by nie przyjść do pracy dnia następnego; biorą zwolnienie lekarskie, chcąc w okresie wakacyjnym skorzystać z pięknej, letniej pogody; jak mówią: „nie chcą latem kiblować w pracy”. Nie martwią się, że zarobią czterysta czy pięćset złotych mniej. Złości ich za to brak tej kwoty w portfelu; uważają, że ktoś jej tam nie włożył albo ją stamtąd zabrał. Nie są świadomi swojego wpływu na ilość pieniędzy we własnym portfelu. Narzekają, że ich nie mają albo że stracili pracę. Mówią, że ktoś ich zwolnił; a przecież sami się zwolnili dzięki takiemu postępowaniu.

Studentom natomiast przeszkadza konieczność czytania książek i używania długopisu do robienia notatek z wykładów i ćwiczeń. Dla nich najlepiej byłoby ziewająco-śpiąco wysłuchać prezentacji multimedialnej rozpoczynającej się dokładnie w wyznaczonej godzinie. Nie potrafią czekać na wykładowcę, domagają się jego obecności o zaplanowanej godzinie, by włączył rzutnik, odwrócił się do nich tyłem lub bokiem, a oni mogli zacząć drzemać w ławkach. Broń Boże jakiejś dyskusji na zajęciach czy notowania, broń Boże książek do przeczytania. Nie chce im się czekać na wykładowcę, bo przecież nikt nie będzie czekał na nudną prezentację multimedialną, a poza tym, co mieliby robić w trakcie tego czekania; bo przecież chyba nie rozmawiać; patrzenie w smartfon także jest bez sensu - można to robić w trakcie zajęć (patrz: prezentacji multimedialnej), na dyskusję o książkach też nikt nie będzie czekał, bo żadnych książek nikt nie przeczytał; poza tym, po co czytać, dyskutować, robić notatki? Dla dzisiejszej młodzieży studiującej jest przecież wiele innych ciekawszych rzeczy do roboty.

Teraz siedzę w kościelnej ławie, zbyt wąskiej na moje długie nogi, zastanawiając się czy pani Basia została skremowana? Taka plotka wpadła mi gdzieś w ucho. Myślę, że nawet gdy wnieśli do wnętrza kościoła trumnę, w dalszym ciągu jest możliwe, że została poddana skremowaniu, a pojemnik z prochami zmarłej umieszczono w środku. Być może tak to robią – wkładają pojemnik z prochami zmarłej do trumny, żeby nie wzbudzać sensacji i zgorszenia, wywołanego widokiem małej puszki umieszczonej w centralnym miejscu świątyni. Tradycyjne pudełko na zwłoki, jakim jest duża, drewniana trumna nadaje się bardziej do tego, by zachować nastrój towarzyszący ostatniej podróży. Są też tacy, którzy uważają, że nie jest to ostatnia podróż, lecz kolejna. Co za tym idzie nie wymaga od nas jakiegoś szczególnego przygotowania, odświętnego nastroju i stroju, odświętnej miny i łzy w oku; nie wymaga od nas rezygnowania z jakiś ważnych lub mniej ważnych spraw, by w dniu i godzinie odjazdu stawić się na peronie z machającą ręką. Nie trzeba punktualnie od do sterczeć na uroczystości pogrzebowej by oddać hołd – jak by chcieli tego i tak powiedzieli punktualni patetyczni; można się spóźnić lub nie przyjść wcale, by pożegnać się do następnego spotkania, jak chcieliby i mówią zwykli spóźnialscy. Spotkamy się przecież znowu i to bardzo szybko. Znów będziemy trzymać się za ręce, idąc przed siebie, spoglądając od czasu do czasu na swoje profile. W przypadku pani Basi – znów przyjdę na jej zajęcia (jako młody student pierwszego roku), otworzę małą, cienką książeczkę, na okładce której ludzkie postacie ściśnięte blisko siebie mówią mi, że rzeczywistość to tysiące głów, a każda przy jakiejś innej głowie.

nauczyciel kafelka

Tomasz Chorab

 

 

wtorek, 17 listopad 2015 22:11

Kobieta wszechstronna

 

Jest jak 12 miesięcy z kalendarza: ciepła, radosna, ale też dojrzała i ostrożna. Występuje społecznie w Spotkaniach z Krystyną w WHY STORY TV, pełni funkcję wiceprezeski Koła Seniora w Gliwicach, udziela się w radzie dzielnicy Kopernik, pomaga dzieciom z lokalnego domu dziecka, bierze udział w castingach do filmów. Jej zdjęcie znalazło się też w kalendarzu KZK GOP. Prywatnie jest mamą, babcią i prababcią. Ostatnio zainteresowała się dalekimi podróżami. Właśnie wróciła z Dubaju.

Dubaj

 

Spotkanie na dworcu PKP

Kiedy po raz pierwszy spotkam panią Krystynę w kawiarni na Dworcu Centralnym w Warszawie od razu czuję, że to wyjątkowa kobieta. Żwawym krokiem podchodzi do mojego stolika i pyta z pogodnym uśmiechem na twarzy, pokazując energicznie na puste krzesła:

- Czy te miejsca są wolne? Można się przysiąść?

Akurat segreguję wizytówki z konferencji, z której właśnie wracam i wykorzystując wolną chwilę wpisuję ważniejsze numery do telefonu, ale intryguje mnie ta żywotna, pogodna osoba, więc szybko chowam je do torebki.

- Czeka Pani na pociąg? - zagaduję

- Tak, odjeżdża za pół godziny. Wie Pani, odprowadzałam dzisiaj wnuczkę na lotnisko – mówi, pochylając się w moim kierunku i po chwili, ścisza głos, dodając: Poleciała z mężem do Dubaju. Nie wiem tylko po co, bo miała przecież świetną pracę i piękne mieszkanie w Warszawie.

Prędko wyciera łzę, która zakręciła się w jej oku. - Tacy są ci młodzi dzisiaj, ciągle w biegu za karierą – wzdycha.

W trakcie naszej pogawędki dowiaduję się, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, że pani Krystyna kilka miesięcy wcześniej skończyła osiemdziesiatkę. Przyznaje też, że dopiero wtedy uznała, że czas zapisać się do klubu seniora. Szybko zostaje wybrana wice - prezeską i od razu zabrania jego członkom mówić na spotkaniach o chorobach. - Przecież po to się tu spotykamy, żeby było miło – podsumowuje krótko.

Umawiamy się, że porozmawiamy jeszcze w pociągu, bo okazuje się, że jedziemy tym samym, ale kiedy podchodzę do przedziału pani Krystyny, ta smacznie śpi, zmęczona po trudach całego dnia.

 

Spotkanie po castingu

Tym razem umawiamy we włoskiej restauracji w Zabrzu. Pani Krystyna wraca właśnie z… castingu do filmu, który odbywa się w pobliskiej szkole aktorskiej, tuż obok teatru. Ma na sobie bardzo kobiecy strój i do twarzy jej w sukience w czarno-czerwone paski.

Zamawiamy naleśniki ze szpinakiem i rozmawiamy o innych restauracjach.

- W Gliwicach jest też taka fajna restauracja, gdzie jadłam tylko raz czy dwa, ale wie Pani chodzę tam na te pokazy, kiedy zadzwonią do mnie, a nie mam co z czasem zrobić, to idę sobie tam na pokazy, np. kulinarne - zaczyna swoją opowieść o życiu wdowy, które jednak ma swoje blaski. - Niedługo wyjeżdżam na warsztaty artystyczne dla osób po 60., czyli takich jak ja (puszcza do mnie filuternie oko). Będziemy rozwijać tam nasze pasje literackie i fotograficzne, a ja bardzo lubię robić zdjęcia – pokazuje swoje dzieła zapisane w telefonie.

Informuje też, że wyjazd ten jest dofinansowywany przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej i współorganizowany przez Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Dodaje też, że oprócz seniorów, jadą tam też wychowankowie domu dziecka. - Warsztaty te uczą emerytów, żeby sobie tam aktywności nabrali i zaangażowali się w pomoc innym, ale będzie nam też miło spędzić ten czas z dzieciakami, ot taka symbioza – podsumowuje pani Krysia.

- Jak mi się spodoba jakieś miejsce, to zaraz robię zdjęcie - wraca do tematu fotografii. - Teraz dostałam w prezencie taką, wie pani, przestarzałą cyfrówkę, gdzie pamięć pozwala na wykonanie tylko 100 zdjęć i muszę często zmieniać płytki. Za jednym wyjazdem do Warszawy zrobiłam jakieś 500 czy 600 zdjęć, np. z zoo., ze sklepów, czy po prostu na ulicy.

- A w castingu do jakiego filmu brała Pani dzisiaj udział? – pytam z zaciekawieniem.

- To ma być jakiś serial, chyba o hotelu, ale nie pamiętam tytułu. Byli tam starzy, młodzi, chudzi i grubi, to i ja wystartowałam – mówi ciągle jeszcze podekscytowana tym przeżyciem. - Przedstawiłam się, powiedziałam, gdzie mieszkam i że mam dość medialną rodzinę, nawet to, że jestem prababcią. Dodałam, że mogę zagrać nawet rolę szaletowej albo szatniarki. Śmiali się, ale dali mi też odczuć, że mogą być zainteresowani.

Dwa lata wcześniej Krystyna wygrywa casting organizowany przez Telewizję Katowice, która przygotowuje wówczas reportaż o mieszkańcach Śląska, korzystających ze środków komunikacji miejskiej KZK GOP. W nagrodę otrzymuje darmowy bezterminowy bilet na przejazdy autobusami w całym województwie, a jej zdjęcie, na którym ma na sobie jeansowe rybaczki, zostaje zamieszczone w kalendarzu. Wygląda tu na zgrabną sześćdziesieciolatkę.

Krystynkalendarza

 

Życie rodzinne

Krystyna jest wdową od kilku lat, matką dwóch córek, babcią dwudziestotrzylatka i trzydziestolatki oraz prababcią trzyletniej dziewczynki. Twierdzi, że ma dosyć medialną rodzinę, bo jedna z córek pracuje w urzędzie miasta, wnuczka jest dziennikarką i pracowała dla jednej z najbardziej znanych stacji telewizyjnych, a wnuk był aktorem, grał w filmach i sztukach teatralnych, teraz studiuje reżyserię i projektuje gry komputerowe.

- Urodziłam się w starym Sosnowcu i przez 20 lat mieszkałam przy głównej ulicy: 22 Lipca na osiedlu Piast, obok palmiarni – wspomina. Do Gliwic przeprowadza się z mężem w wieku 22 lat, kiedy on dostaje tam pracę na kolei. Poznaje go w wieku 17 lat, w 1952 r.

- To nie były takie czasy, kiedy narzeczeni na randkach uprawiali seks. My tańczyliśmy razem w Zespole Pieśni i Tańca „Zagłębie”, jeździło się też na wycieczki. Och, to było piękne życie, ale wiele się też zmieniło – wzdycha z nostalgią. - Jak człowiek sobie wspomni, że taki szmat czasu minął, to córki czy wnuczka mówią: mamo, co ty tam wspominasz, babciu to tak dawno temu było!

Cztery lata po poznaniu narzeczeni stają na ślubnym kobiercu. Początkowo Krystyna pracuje w Katowicach na kolei w rachunkowości. Podoba jej się ta praca, w szkole była dobra z matematyki, ma raczej umysł analityczny. Nawet teraz, w wieku 80 lat lubi liczyć, np. kiedy podróżuje, to zlicza okna w autobusie, drzewa na ulicy czy ćwiczy pamięć, zapamiętując numery rejestracji mijanych samochodów.

Kiedy rodzi dzieci, w latach 50., mąż prosi ją, żeby zrezygnowała z pracy i zajęła się wychowaniem dziewczynek. Najpierw troszczy się o córki, a potem zamieszkuje u nich utalentowany wokalnie i aktorsko wnuk, który uczęszcza wtedy do liceum i gra w teatrze muzycznym w Gliwicach. Pani Krystyna troszczy się o niego jak o syna, gotuję mu jego ulubione obiadki i prowadzi z nim długie rozmowy. Potem chłopak wyjeżdża na studia do Warszawy. Opuszcza ją też mąż, który umiera po 60 latach ich związku. Kobieta czuje, że przyszedł czas na poważne zmiany w życiu.

 

Życie społeczne

Po okresie żałoby, bierze udział we wspomnianych castingach, ale i zaczyna spotykać się na śniadaniach działkowych z innymi seniorami. W ramach Klubu Seniora wyjeżdża na wycieczki. - Ostatnio byliśmy we Wrocławiu, zwiedzaliśmy ogrody japońskie, zoo i rynek. Teraz planujemy wyjazd do Opola, organizujemy andrzejki, sylwestra robimy – wylicza z entuzjazmem.

Krystynaogrod

Krótko po tym, jak pani Krystyna dołącza do redakcji WHY STORY, zaprosza wszystkich nowych kolegów i koleżanki na grilla do swojego 300-metrowego ogródka z małą, ale praktycznie wyposażoną altanką. Zaprasza też gości z dziećmi i żartuje:

- Jak ktoś nie ma dzieci, to nie szkodzi, w mojej altance polecam pokój z dwuosobowym łóżkiem…

Na przyjęciu ogrodowym proponuje, żeby wszyscy goście zwracali się do niej po imieniu. - No chyba, że uważacie, że jestem z stara na to – śmieje się zadowolona, że tyle osób ją odwiedziło.

Nie jest najstarsza w tym gronie, bo do zespołu redakcyjnego należy też pan Ernest Pluta, który ma 85 lat i nadal prowadzi biuro turystyczne.

- Ja bardzo lubię turystów – komentuje na wesoło żwawa kobieta. - A na dodatek, wcale nie musimy się pobierać, bo mamy to samo nazwisko!

Kandyduje też do rady Osiedla Kopernik w Gliwicach, gdzie mieszka od 35 lat. Jest zdrową, sprawną kobietą, ma sporo wolnego czasu, więc chce zająć się sprawami swojego rejonu. Deklaruje też chęć zaangażowania w pomoc dzieciom z pobliskiego domu dziecka, spędzając z nimi wspólnie czas na rozmowach czy wycieczkach.

- Radzę młodym ludziom, żeby szanowali starszych i byli tolerancyjni wobec nich. Młodość jest piękna, młodzi ludzie też. Zawsze tak było, że każde starzejące się pokolenie narzekało na młodzież. Mamy obowiązki wobec tych podlotków, musimy ich wychowywać, bo oni wcale nie są tacy źli, tylko musimy nauczyć się żyć razem.

Mówi też, że chciałaby się uczyć angielskiego, co przydałby się w podróżach.

- Za moich czasów uczyłam się języka rosyjskiego, ale już nie pamiętam – przyznaje.

Kiedyś była z wnuczką na wczasach w Barcelonie, a teraz wybiera się do niej w odwiedziny do Dubaju. Trochę obawia się tej podroży, ale leci z nią jeden z kolegów z Klubu Seniora, który wraz z innym często pomaga jej w pracach na działce, jak koszenie trawy czy podcinanie gałęzi. - Kawalera nie mam, ale chciałabym - żartuje. - Turysta musiałby być.

Po powrocie z wycieczki przywozi nam wszystkim własnoręcznie zebrane na plaży muszelki, ale więcej o tej podróży opowiemy już następnym razem...

Krystyna Pluta

Beata Sekuła

środa, 04 listopad 2015 07:23

 

Bobby Moore - synonim elegancji, narodowej dumy, skromności oraz wysokich piłkarskich umiejętności

 

Jeśli mielibyśmy wskazać piłkarza, który byłby synonimem elegancji, dostojności, narodowej dumy, skromności, wysokich piłkarskich umiejętności, synonimem sukcesu i szacunku, jakim był powszechnie darzony– myśl o wyborze Bobby’ego Moore’a nadeszłaby lotem błyskawicy.

 

statue BobbyMooreJego wyprostowana sylwetka daleka była od pełnej pychy postawy kolonizatorów świata, odzwierciedlała najlepsze cechy, jakie Brytyjczycy wnieśli na piłkarskie poletko. Bobby Moore to legendarna kapitańska „6” na koszulce z emblematem brytyjskich lwów, „6” równoważna „14” Cruyffa w holenderskiej piłce, to symbol i pomnik angielskiego futbolu. To jego kapitańskie ręce uniosły w górę Puchar Rimeta, piękną złotą statuetkę dla Mistrzów Świata w piłce nożnej roku 1966. Anglicy nigdy nie powtórzyli tego sukcesu. Moore reprezentacyjną koszulkę zakładał 108 razy, rozegrał także osiem meczów w drużynie Under 23 i osiemnaście (rekord) w młodzieżówce.

Legendarny Pele twierdził iż Bobby Moore był „the greatest defender” przeciwko jakiemu kiedykolwiek grał. Zaś Alf Ramsey uważał, że Anglia nie zdobyłaby tytułu Mistrzów Świata bez Bobby’ego, jako kapitana.

Wielu znawców futbolu podkreślało jego pewność gry, a przy tym grację, elegancję, styl, inteligencję i wizję boiskowych potyczek. W 1966 roku w dorocznym plebiscycie „Złota Piłka” francuskiego pisma France Football Bobby Moore uplasował się na 4 miejscu ustępując jedynie Bobby’emu Charltonowi, Eusebio i Beckenbauerowi. Po świetnym występie na meksykańskich mistrzostwach (1970) dziennikarze uznali Moore’a drugim piłkarzem świata. Od angielskiego obrońcy wyżej stawiano jedynie niemieckiego snajpera, króla strzelców MŚ, środkowego napastnika Gerda Müllera.

Wiele lat później, kiedy angielska federacja piłki nożnej budowała nowy stadion Wembley, kibice zdecydowali, że jeśli u jego wrót stać ma czyjś pomnik, będzie to sylwetka kapitana złotej jedenastki. Jest to imponujący sześciometrowy, ważący ponad 2 tony postument, na miarę i wagę wielkości angielskiej piłki, którą symbolizuje jej ówczesny kapitan.

Bobby Moore urodził się 12 kwietnia 1941 roku w Barking, niedużym miasteczku w granicach hrabstwa Essex, miasteczku które w 1965 roku włączone zostało administracyjnie do Londynu i dziś stanowi jedną z jego wschodnich dzielnic. Był jedynym synem Roberta i Doris. Jako 17-latek zadebiutował jesienią 1958 roku w pierwszym składzie londyńskiego klubu West Ham. Barw tego klubu bronić będzie przez wiele lat, przysparzając mu największych sukcesów w całej historii, sukcesów które definitywnie powiązane będą właśnie z postacią kapitana jedenastki.

W tym czasie klubową młodzież trenował Malcolm Allison –ceniony piłkarz, którego kariera przegrała z gruźlicą. To od niego Bobby nauczył się piłkarskiej filozofii, również tej „pierwszej reguły piłkarskiej” – „Jeśli dostaniesz piłkę, kto będzie tym do kogo ja podasz?”.

W 1960 roku Moore zaliczył cały sezon występów w pierwszym składzie. Obok niego w drużynie West Ham grali Geoff Hurst i Martin Peters, z którymi osiągnie wkrótce największe, nie tylko klubowe, ale także reprezentacyjne sukcesy. Trenerem West Ham był wtedy Ron Greenwood, a sukcesy klubu okażą się trampoliną dla całej angielskiej piłki.

Pierwszy występ w reprezentacji Anglii Moore zaliczył w wieku 21 lat. Był rok 1962. Anglicy zapewnili sobie prawo udziału w chilijskich Mistrzostwach Świata. Zakończyły się one dla nich w fazie ćwierćfinałów. Bobby rozegrał wszystkie cztery mecze, włącznie z ćwierćfinałową porażką z późniejszym triumfatorem całego turnieju - Brazylią. Od tego momentu rozpoczyna się piłkarska kariera pełna międzynarodowych sukcesów. Już w roku 1963 Bobby został wybrany do składu reprezentacji Anglii na prestiżowy pojedynek przeciwko drużynie Reszty Świata, jaki miał odbyć się na Wembley. W 1964 roku jako kapitan wzniósł na tym samym stadionie w geście triumfu Puchar Anglii, po zwycięstwie West Ham nad Preston. Jego świetna gra oraz klubowe sukcesy przyczyniły się do wybrania go Piłkarzem Roku w Anglii. Mając 23 lata był najmłodszym piłkarzem, któremu przyznano ten tytuł. Był już wtedy kluczowym zawodnikiem reprezentacji, którą niedawno objął Alf Ramsey. Rok później (1965) poprowadził West Ham do zwycięstwa nad TSV Monachium w finale Pucharu Zdobywców Pucharów, a trener Greenwood określił jego grę w tym spotkaniu jako technicznie perfekcyjną.

wembley

Mimo że Moore był pracowitym i zdyscyplinowanym sportowcem, miał jeszcze czas na życie osobiste. Christinę znał od czasu kiedy mieli po 16 lat. Pobrali się w czerwcu 1962 roku. Trzy lata później urodziła się córka Roberta, zaś po kolejnych trzech syn - Dean.

W roku 1966 Anglia była gospodarzem Mistrzostw Świata. Już chociażby z tego powodu należała do ścisłego grona faworytów. Jej siłę dokumentować miał zmysł taktyczny trenera Ramsey’a oraz wyrównany skład, z kilkoma wybitnymi zawodnikami, wśród których byli Bobby Charlton, Gordon Banks i Bobby Moore, pełniący zaszczytną funkcję kapitana drużyny. Zawodnikami od „czarnej roboty” byli Jackie Charlton i Nobby Stiles, płuca drużyny reprezentował Alan Ball, zaś bramkarz Gordon Banks zarażał kolegów pewnością swej gry. Turniej ten wyniósł angielską piłkę na wyżyny. Gospodarzom nieco pomógł fakt, iż rozgrywali wszystkie swe mecze na stadionie Wembley. Był to istotny czynnik, zwłaszcza podczas półfinałowego spotkania z Portugalią, która swe dotychczasowe mecze grała w Liverpoolu na stadionie Evertonu, i na ten ważny mecz musiała się przenieść do Londynu. Kluczowe role w angielskiej drużynie odgrywali trzej zawodnicy klubu West Ham, co dobitnie potwierdził zwycięski mecz finałowy Anglii z Niemcami. Geoff Hurst (3) i Martin Peters zdobyli wszystkie bramki, zaś kapitańska opaska, jaką nosił Bobby Moore pozwoliła jemu właśnie odebrać z ozdobionych eleganckimi rękawiczkami rąk królowej Elżbiety Puchar Rimeta. Bobby Moore uznany został najlepszym graczem mistrzostw, choć konkurencję (Eusebio, Bobby Charlton, Gordon Banks) miał ogromną.

Rok później odebrał prestiżowy Order Imperium Brytyjskiego (OBE) za zasługi dla piłki nożnej. W 1968 roku odbyły się, traktowane jeszcze wtedy z lekkim przymrużeniem oka, Mistrzostwa Europy, na których Anglicy pokonani w półfinale przez Jugosławię i jej asa Dragana Dźajića zdobyli jedynie brązowy medal.

Pokazem dojrzałości i doskonałości w grze Moore’a okazały się być kolejne Mistrzostwa Świata - w Meksyku (1970). Dostępna dziś na DVD dokumentacja meczowa z jego udziałem (legendarne pojedynki West Ham oraz wszystkie mecze Anglików z MŚ w 1966 i 1970) potwierdzą, iż w Meksyku doprawdy wzniósł się on na wyżyny. Trudno nie docenić tak dobrze grającego kapitana Anglików. Jego wślizgi, odbiory piłki, podania, spokój w grze, elegancja i sposób kierowania defensywą były doprawdy imponujące.

Trzeba jednak nadmienić, iż poza boiskowe okoliczności dla Anglików, zwłaszcza ich kapitana były dramatyczne. Południowa Ameryka, którą bardziej mentalnie niż geograficznie reprezentował Meksyk głodna była rewanżu. Po tym jak Europa „zabrała” w 1966 tytuł Ameryce, przyzwyczajonej do sukcesów dzieki kolejnym zwycięstwom Brazylii w 1958 i 1962; po tym jak wyrzucono na Wembley argentyńskiego piłkarza, osłabiając drużynę w ćwierćfinale właśnie w meczu z Anglią; po tym jak Schnellinger wybił ręką piłkę z okienka niemieckiej bramki, a sędzia tego nie dostrzegł, każąc potem sfrustrowanych Urugwajczyków usunięciem zawodnika z boiska, i jak zamiast 1-0 dla Urusi stało się 4-0 dla Niemców, kończących mecz z przewagą dwóch zawodników; po tym jak w prasie ukazały się słowa o „zwierzęcym zachowaniu piłkarzy z Południowej Ameryki” jakie miał wypowiedzieć Ramsey -....jakiś rewanż musiał nastąpić. Teraz to Anglicy byli „animals, british animals”. W dodatku – któż nie zna hasła „bić mistrza”?

Już na początku południowoamerykańskiego wojażu Bobby Moore został oskarżony o kradzież diamentowej bransoletki w hotelowym sklepie jubilerskim. („To tak jakby oskarżyć Matkę Teresę o znęcanie się nad dziećmi” - powie Gordon Banks). Pozostawiony bez pomocy prawnej, nie znający języka, przebywający w obcym kraju kapitan reprezentacji został aresztowany. Informowała o tym prasa na całym świecie. Ostatecznie zdołał dołączyć do drużyny tuż przed pierwszym meczem, ale najpierw przeżył pobyt w celi, przesłuchania i inne niezwykle frustrujące sytuacje. Sprawa ciągnęła się aż do roku 1975, kiedy ją ostatecznie zamknięto, definitywnie oczyszczając imię kapitana angielskiej drużyny.

Na porządku dziennym były też inne prowokacje. Anglikom zabroniono wwieść do Meksyku własną żywność. Na wchodzących na murawę piłkarzy wylewała się lawa antypatycznych zachowań, okrzyków, sypały się orzeszki, pomarańcze, monety, a zapewnienie bezpieczeństwa zawodników w trakcie meczu było ciągle dalekim punktem na liście działań organizacji futbolowych. Drużyna mimo to wierzyła, że zdoła powtórzyć sukces sprzed czterech lat. Jej skład oparty na weteranach wzbogacony był o nowe twarze - Alan Clarke, Collin Bell, Francis Lee czy Alan Mullery. Po skromnych zwycięstwach nad Rumunią i Czechosłowacją oraz porażce z Brazylią Anglia wyszła z grupy. Pele po meczu z Anglikami żegnał się z Moore’m słowami - „See you in the finale”. Jednakże Anglicy w ćwierćfinale trafili na Niemców. Przegrali. Wprawdzie zaczęło się dobrze - Mullery i Peters wyprowadzili drużynę na dwubramkowe prowadzenie, lecz Beckenbauer i Seeller wyrównali pod koniec meczu (do czego przyczyniło się zejście Charltona przy stanie 2-1), a w dogrywce Gerd Müller w swoim stylu dobił rywali.

W eliminacjach do kolejnych mistrzostw świata (1974) Anglia trafiła na Polskę. Tę historię znamy wszyscy bardzo dobrze. Można się jedynie zastanawiać, jak długo jeszcze pozostanie ona naszym wspominanym przez lata piłkarskim Grunwaldem.…

Paradoksalnie, dla nas Polaków, Bobby Moore stał się niejako kimś, kto wręczył nam „klucze do piłkarskiego raju”. Zwycięstwo na chorzowskim stutysięczniku z Anglią (2-0 w 1973 roku) zawdzięczamy jego kiksowi, po którym Lubański zdobył pieczętującą nasz sukces bramkę. W legendarnym rewanżu na Wembley Moore nie został już w ogóle wystawiony do składu. Zagrał jeszcze pożegnalny mecz towarzyski z Włochami, który był jego 108 występem w reprezentacji, rekordem pobitym dopiero wiele lat później przez niezniszczalnego bramkarza - Petera Schiltona (zaliczył w sumie 125 reprezentacyjnych występów). Moore zakładał opaskę kapitana w 90 meczach reprezentacji. Tylko trzynaście z nich Anglia przegrała. Anglicy nie zakwalifikowali się do dwóch kolejnych finałów MŚ w 1974 i 1978 roku, mimo dominacji na europejskim podwórku klubowym (Liverpool, Nottingham wygrywali kolejne edycje PEMK). Na mistrzostwach świata zagrali dopiero po 12 latach (!). Niezbyt chlubny koniec reprezentacyjnej kariery Moore’a był zatem symbolicznym kresem sukcesów narodowej piłki angielskiej. Był też powiązany z końcem Alfa Ramsey’a jako trenera, końcem złotej ery angielskiego futbolu.

Moore nie tylko zakończył swą reprezentacyjną karierę, ale na fali zachodzących i związanych z wiekiem zmian po 16 sezonach opuścił swój macierzysty klub - West Ham. Rozegrał w nim 642 mecze, co po dziś dzień stanowi klubowy rekord. Co ciekawe, rok później (1975) ze swym nowym klubem (Fulham) dotarł do finału Pucharu Anglii rozgrywanego jak nakazuje tradycje na stadionie Wembley, gdzie rywalizował.... ze swym poprzednim klubem. Fulham przegrał z West Ham 0-2.

niedziela, 27 wrzesień 2015 15:00

Zapraszamy na nowy cykl filmów pod tytułem "Spotkania z Krystyną".

reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama