reklama
Magazyn WhyStory logo
reklama
Literatura
poniedziałek, 09 styczeń 2017 15:33

5-go stycznia, tuż po wywiadzie z Kayah, Justyna Sokołowska przeprowadziła wywiad z Kingą Piekarską, autorką powieści:" WHY Story 2 - Czas na zmiany". Panie rozmawiały na temat zagadnień poruszonych w książce: odkrywania różnych twarzy miłości, zamieniania marzeń w plany, ich realizacji, wprowadzania koniecznych zmian w życiu zarówno przez Karolinę 40-letnią bohaterkę, jak i inne postacie z każdej grupy wiekowej, np. 18-letniego projektanta mody, 30-letnią bloggerką czy 80-latkę odkrywającą życie na nowo...

 kaflekaradio

Pierwsza część wywiadu:

Druga część wywiadu:

Trzecia część wywiadu:

wtorek, 03 maj 2016 09:47

Rozdział VII

 

Ciało pamięta przelotny dotyk. Parę godzin bycia z kimś zostaje na lata. Zapach włosów, potu, wilgotności przepływa znikąd w środku dnia. W inżynierii nazywa się to pamięcią plastyczną materiału, w chemii pamięcią substratu. W życiu – tęsknotą.

Janusz Leon Wiśniewski, S@motność w sieci

 

Najgorszą rzeczą w życiu jest chyba poczuć się zdradzonym, przeżyć chwilę, w której okazuje się, że najbliższa osoba jest totalnie nielojalna. Karolina nie uważała się za najlepszą żonę na świecie, ale czuła, że jej były mąż kochał ją przynajmniej do rozwodu albo jeszcze dłużej. Sama też się w nim zakochała zgodnie z zasadą: od przyjaźni do miłości. Adam był od niej młodszy i z jednej strony miało to swoje plusy, bo był w nią przez długie lata tak zapatrzony, że pomimo swojego stanowczego i niezależnego charakteru, który coraz wyraźniej się u niego ujawniał, ulegał jej niemal we wszystkim. Potrafiła postawić na swoim, kiedy chciała zmienić mieszkanie, zajść drugi raz w ciążę, chociaż musiała go do tego długo przekonywać, kiedy podejmowała kolejne studia lub jego zachęcała do nauki. Z drugiej strony denerwowała ją jego nieodpowiedzialność, szczególnie w sprawach finansowych i brak odrobiny samokrytycyzmu. Kiedy osiągnął w ostatniej pracy stanowisko kierownicze, to chwilę później, będąc jeszcze sporo przed trzydziestką, zdecydował się na prowadzenie własnej działalności gospodarczej. Popełniał wiele błędów, ciągle zaciągał długi. Karolina wtedy jeszcze mu ufała, więc pomagała mu je spłacać. Wcześniej, za każdym razem, kiedy była w ciąży, Adam tracił pracę w wyniku kłótni z przełożonymi. Kiedy już udało mu się trochę zarobić, to wydawał wszystko do ostatniego grosza. Widząc jego stosunek do pieniądza, zaproponowała mu, dla dobra dzieci, rozdzielność majątkową. Po sprzedaży mieszkania, którego zakup sfinasowali z jej środków – kwoty uzyskanej ze sprzedaży M3, które dostała jeszcze od rodziców i debetu zaciągniętego na jej koncie - nowe, większe, nadające się tylko do kapitalnego remontu mieszkanie kupiła już tylko na siebie. Po odnowieniu zostało wycenione na ponad dwukrotnie większą kwotę niż suma, jaką na nie przeznaczyła. Niestety uległa namowom męża i wzięła pod nie kredyt hipoteczny na spłatę jego długów – początkowo spłacali je razem...

Starała się być jego przyjaciółką, on też na swój sposób troszczył się o nią; pomagał w codziennych obowiązkach i w opiece nad dziećmi, dlatego długo wahała się, zanim złożyła pozew o rozwód. Po siedmiu latach jego kłamstw na temat spraw finansowych, jego wybuchów złości, kiedy demaskowała nowe kredyty, niespłacane długi i wypominania, że on mieszka w jej mieszkaniu, że mają rozdzielność majątkową, nie wytrzymała i doprowadziła sprawę do końca. Zgodził się na szybki rozwód pod warunkiem, że da mu jeszcze jedną szansę, żeby mogli zacząć wszystko od nowa. Zgodziła się, choć bez przekonania. Jednak zaskoczył ją pozytywnie. Wiedząc, że żona nie będzie go już utrzymywać, a w dodatku, że będzie zmuszony płacić alimenty znalazł ciekawą i dobrze płatną pracę, z dala od szefów, co ułatwiło mu z nimi dobre kontakty na dłuższy czas. Zaczął się dokładać do utrzymania chłopców, spłacać kredyty i bardziej dbać o potrzeby rodziny.

  • Może w końcu wydoroślał – pomyślała Karolina i wbrew początkowemu sceptycyzmowi dała mu drugą szansę. Na nowo zamieszkali razem i przez rok było im naprawdę dobrze ze sobą. Mniej pracowała, zaprowadzała dzieci na lekcje fortepianu, przygotowywała do pierwszej komunii, do której przystępowali razem. W maju zorganizowali wspaniałe przyjęcie komunijne dla 30 osób, a w czerwcu puścili chłopców na pierwsze kolonie, chociaż Tomek miał palec w gipsie. Karolina bardziej przejmowała się, jak sobie na takim wyjeździe poradzi starszy syn, więc w tym samym czasie pojechała z Adamem na wczasy do tej samej miejscowości – ta decyzja okazała się trafna, bo obydwaj synowie nie przeżyli traumy rozstania, codziennie spotykali się z rodzicami, co zaowocowało tym, że w kolejnych latach łatwiej już wyjeżdżali bez mamy i taty razem lub z czasem osobno na kolonie czy obozy sportowe.

Podczas tamtych ich pierwszych kolonii Karolina poczuła się wolna po raz pierwszy od wielu lat i zaczęła pisać swoją pierwszą powieść, o czym marzyła od zawsze. Po powrocie do domu zapisała dzieci na półkolonie i poświęciła pracom nad książką całe wakacje po osiem godzin dziennie. W ostatnim tygodniu sierpnia napisała ostatnie zdanie. Była ogromnie szczęśliwa, w szkole zaczynały się konferencje, więc wszystko poszło zgodnie z jej planem, tak przynajmniej myślała... Kilka tygodni później dowiedziała się, że jej mąż miał romans. Z reguły nie sięgała po telefon Adama, ale musiała zadzwonić, a jego leżał pod ręką - jego właściciel wyszedł właśnie do pracy, zapominając o nim. Zaniepokoił ją numer telefonu jakiejś Anity, który często pojawiał się liście ostatnio wybieranych numerów. Tak się zdenerwowała, że natychmiast zadzwoniła po ten numer i usłyszała ku swojej rozpaczy:

  • Dzień dobry kochanie, jedziesz już do mnie?

piątek, 22 styczeń 2016 22:38

 

"Gdybym miała dziecko, nie musiałabym pozwalać do siebie strzelać, żeby czuć się żywa"

Oriana Fallaci

(charyzmatyczna dziennikarka)

samotne rodzicielstwo

Znalezienie się na liście rozmówców Oriana Fallaci nobilitowało największych polityków i przywódców imperiów, chociaż wielu z nich się jej obawiało. Z czasem sama mogła wybierać sobie bohaterów i tematy wywiadów czy reportaży. Prezydenta Wietnamu Południowego zapytała, jak bardzo jest skorumpowany. W trakcie wywiadu z Chomeinim zdjęła z głowy czador, a on opuścił pomieszczenie, w którym odbywał się wywiad. Z kolei ona sama kategorycznie odmówiła wyjścia dopóki Chomeini nie przysiągł na Koran, że dokończą rozmowę następnego dnia i tak też się stało. Gdy cesarz Etiopii Hajle Sellasje zażądał, by na wywiad z nim ubrała się w sukienkę zagroziła, że pojawi się albo w spodniach, albo naga. Oriana, towarzysząc grupie południowowietnamskich żołnierzy, którzy zostali otoczeni przez oddział. Czerwonych Khmerów, otrzymała broń i walczyła o przetrwanie tak, jak inni. Miała liczne romanse, często też porzucała swoich kochanków, ale poznała też smak nieszczęśliwej miłości, kiedy to jej złamano serce. Kilkakrotnie była w ciąży, jednak za każdym razem dochodziło do poronienia.

Karolina czuła wielkie podobieństwo do tej włoskiej dziennikarki. W dzieciństwie, tak jak ona, zaczytywała się książkami Londona i Hemingwaya, marząc o życiu pisarski czy dziennikarki. Bardzo skrupulatnie przygotowywała się do każdego wywiadu i była niezmiernie zaangażowana w swoją pracę. W dzieciństwie nie przepadała za zabawami w dom, mamę i dziecko. Nigdy sama nie brała do ręki lalek. Czasem tylko używała ich podczas spotkań towarzyskich rodziców, których przyjaciele przyprowadzali córki, a one miały ze sobą pluszaki. Dołączała wówczas do wspólnej zabawy. Wolała bawić się, szczególnie na podwórku, w chowanego z młodszym bratem i kolegami z ulicy, zwiedzać pobliskie bunkry, jeździć na rowerze czy kręcić fikołki na trzepaku z Beatą. Lalki, w jakimś sensie, zastąpił jej młodszy o dwa lata brat, który był we wczesnym dzieciństwie chudy i raczej chorowity, trzeba się było o niego troszczyć i przytulać, kiedy chlipał podczas kłótni rodziców, wybuchającej gdy ojciec wracał do domu późnym wieczorem pijany, bo trzeba było uczcić jakieś zlecenie. Feministką poczuła się w wieku pięciu lat, kiedy pewnego wieczora wkroczyła między rodziców i powiedziała:

- Idźcie się kłócić do ogródka, bo my tu chcemy spać! - Spojrzała oburzona na ojca, który, jak jej się wydawało, właśnie powstrzymał się od podniesienia ręki na żonę, która była jego zdaniem zbyt zaczepna. Od tamtej pory mama robiła ojcu wyrzuty rano, przed wyjściem do pracy, a nie w nocy, co jednak niespecjalnie zmieniło jego nawyki i nadal przynajmniej raz w miesiącu wracał do domu w podobnym stanie.

Karolina zawsze chciała robić coś konkretnego; czytać książki, później prasę, uczyć się języków. Chodziła na kursy, szkolne kółka językowe albo prywatne lekcje angielskiego, niemieckiego, Esperanta, włoskiego, hiszpańskiego i rosyjskiego. Tańczyła w balecie i uprawiała karate, w liceum działała społecznie na rzecz słabszych i pokrzywdzonych: na dzień dziadka tańczyła z koleżankami dla samotnych w domu opieki, organizowała szkolne dyskoteki, zbierając datki dla dzieci z domu dziecka, angażowała się w działania MONAR-u na rzecz narkomanów. Nie planowała posiadania własnych dzieci, co najwyżej myślała o adopcji. Powtarzała, że przecież tyle biednych sierot już gdzieś czekało na rodziców, więc po co rodzić kolejne?! Kiedy jednak trzy lata po ślubie dała się namówić na własnego potomka, szybko stwierdziła, że Tomek musi mieć rodzeństwo.

piątek, 08 styczeń 2016 22:44

women

Karolina w przeciągu ostatniego roku otrzymała kilka pism z sądu, które podtrzymywały poprzednią decyzję co do zobowiązań jej byłego męża oraz alimentów na rzecz ich dzieci. Problem tkwił w tym, że pierwszeństwo w ściaganiu należności przypadało sądom, w których toczyły się sprawy w sprawie długów Adama, a dopiero w dalszej kolejności plasowali się ich synowie. Jedynym, choć tymczasowym rozwiązaniem było pisanie odwołań.

- A pani mąż utrzymuje jakikolwiek kontakt z synami? - zapytał jak zwykle jej adwokat.

- Tak, spotyka się z nimi zwykle co dwa tygodnie, jeśli akurat nie jest chory albo jego dziecko lub córka jego nowej żony – odpowiedziała Karolina. - Natomiast generalnie zachowuje się wobec nich nie jak ojciec, który ma wychowywać nastolatków, tylko jak starszy brat.

- Jak to? - zdziwił się mecenas.

- Powiedział, żebym do niego nie „wydzwaniała”, kiedy prosiłam go o pomoc w wychowaniu chłopców, żeby czasem poszedł do któregoś na wywiadówkę albo do lekarza. On chce słuchać tylko o ich sukcesach sportowych czy szkolnych! Ostatnio Tomek wyszedł po raz pierwszy do kolegi na noc, wcześniej wybrali się do klubu na bilard, a w jego komórce włączała się automatyczna sekretarka, kiedy do niego dzwoniłam. Adam stwierdził, żebym nie zawracała mu głowy głupotami, bo może chłopak celowo wyłączył telefon, żeby ode mnie odpocząć - opowiadała Karolina, nerwowo skubiąc frędzle kolorowego szalika. - Martwiłam się, że może syn został na dyskotece i nie wiadomo czy ktoś go nie okradł albo stało się jeszcze co innego. Przecież jako samotna matka, muszę myśleć za dwoje rodziców! W końcu udało mi się przez facebooka uzyskać numer telefonu matki kolegi, u którego Tomek miał się zatrzymać.  Chłopak spał u nas kilkakrotnie, ale do tej pory miałam kontakt tylko z jego ojcem, który z nie mieszkał z byłą żoną. W końcu syn włączył telefon i napisał mi: „żyję”.

- Dobrze, niech pani pisze, co należy wysłać do sądu – zaproponował adwokat.

Po kilkunastu minutach dyktowania tekstu zagmatwanym językiem, zrozumiałym chyba tylko dla sędziów, adwokatów czy prokuratorów, którzy mogli wymyśleć, że koszty sądowe są ważniejsze od alimentów dla dzieci, mecenas Cezarski stwierdził:

- Sam nie wiem, jak długo da się tak odwlekać tę ostateczną decyzję.

- Byle jak najdłużej, starszy syn za półtora roku stanie się dorosły i będzie mi trochę łatwiej – westchnęła przejęta. Zawsze czuła ogromny stres, kiedy przychodziła po poradę do mecenasa, gdyż uważała, że cała ta sytuacja urąga jej godności oraz jej synów. Generalnie sama ich wychowywała, nie mogła układać sobie na nowo życia z taką łatwością jak on, a na dodatek Adam uchylał się od pokrycia nawet połowy kosztów utrzymania ich dzieci.

- Tak, ale czy Tomek w przyszłości da sam radę walczyć o to, co mu się należy od ojca? - zapytał prawnik.

sobota, 12 grudzień 2015 16:43

Reakcja łańcuszkowa

 

 "Dzieci potrzebują miłości – szczególnie wtedy, gdy na nią nie zasługują"

Henry David Thoreau

 

Konrad przyjechał po Karolinę kilka minut po 15 w sobotę. Byli zaproszeni na przyjęcie urodzinowe jego przyjaciela na godzinę 16. Mieli przed sobą około 70 km drogi, ale właśnie zaczął padać śnieg i już wiedzieli, że się spóźnią. Ponadto był to weekend, kiedy dzieci zostawały z nią i musiała im poświęcić trochę czasu. Jak w każdy taki weekend, przygotowała im sok ze świeżo wyciskanych owoców. Konrad też był u niej z piątku na sobotę – przyjechał w nocy, prosto z delegacji, ale zaraz po toaście wzniesionym kubkiem nektaru marchewkowo-pomarańczowego wyjechał do swojego domu wczesnym porankiem sobotnim, przypominając jej, żeby przygotowała się do wyjazdu w ciągu najbliższych godzin. Czekało ją jednak jeszcze m.in. farbowanie włosów i ugotowanie obiadu dla chłopców.

Tomasz – prawie dwumetrowy siedemnastolatek - miał ogromny apetyt, a że był już po wszesnoporannym treningu oraz miał za sobą całotygodniowy wysiłek spowodowany nauką w topowej szkole w tym rejonie, treningami piłkarskimi, a ponadto zajęciami na siłowni i rozegranym niedawno meczem, to jak w każdy weekend, większość czasu spędzał na nadrabianiu spalonych kalorii. Szymon jadł znacznie mniej, sam jednak potrafił sobie przygotować posiłek i generalnie prawie wszystko mu smakowało. Natomiast Tomasz był znacznie bardziej wymagający w kwestii żywienia, niewiele potraw lubił, a w czasie przerw szkolnych jadał niewiele, bo nadal był na etapie przyzwyczajania się do nowej szkoły. Musiał się wtedy przemieszczać z sal do sal przedmiotowych, zagadać z kumplami z klubu sportowego, a głód rósł na potęgę...

Tamtej soboty poprosił mamę, żeby mu przygotowała na drugie dani spaghetti. Trochę czasu jej to zajęło, ale kiedy Konrad przyjechał po nią kwadrans po trzeciej, była gotowa do wyjścia. Nie zdążyła jednak zrobić zakupów, a z racji ilości towarów, jakie kupowała każdego dnia – o pojemności trzech do czterech pełnych reklamówek - wolała sama zaopatrywać rodzinę w prowiant w pobliskim markecie z racji niższych kosztów, zamiast wysyłać synów na zakupy. Poza tym nie byli specjalnie chętni do wykonywania tego obowiązku, a ona pobłażliwie przyjmowała wymówki, że są tak bardzo zmęczeni po zajęciach lekcyjnych i sportowych. Po szybkim cmoku powitalnym, zapytała Konrada:

 - Możemy podjechać na chwileczkę do sklepu?

-  Jeszcze do sklepu?! - zapytał z widocznym poirytowaniem mężczyzna. - Gdybym to wiedział    wcześniej, to pojechałbym sam do Radka!

Wiedziała, że jesli nie będzie tego komentować, to zaraz mu przejdzie. Tak też się stało. Ekspresowo załatwiła sprawunki, sprawnie poruszając się między półkami, dzięki regularnym tu wizytom. Następnie zadzwoniła do Tomka:

- Kochanie, za pięć minut masz dostawę pod blokiem, więc już zacznij się ubierać.

Dumna, że tego dnia uporała się ze wszystkim na czas; odświeżyła swój czekoladowy odcień włosów i dokładnie je później wysuszyła, a później nadała odpowiedni kształt prostownicą. Wykonała też staranny makijaż rozjaśniający jej twarz, co uzyskała nakładając na powieki cienie w kolorach od różu po delikatny fiolet pasujący do jej liliowego obcisłego sweterka, który narzuciła na popielatą sukienkę, podkreślającą jej krągłości, ale też i wcięcia. Stwierdziła, że taki strój będzie najlepiej pasował do domowej imprezy o rodzinnym charakterze, na której większość gości będzie średnio w wieku 50+ .

Była pewna swojej atrakcyjności i dobrze wiedziała, że podoba się swojemu partnerowi jako kobieta, ale podświadomie też czuła z jego strony pewną dawkę presji. Domyślała się, że miał wysokie oczekiwania także wobec jej poprzedniczek i przypuszczała, że traktował je jak swoje „wizytówki”. Denerwowało ją to, ale przypisywała to też faktowi, że był od niej dziesięć lat starszy, a tacy faceci mieli już, niestety, swoje standardy i wymagania. Z drugiej strony nie kolidowały one z jej własną troską o swój wygląd, chociaż musiała żyć w ogromnym pędzie...

Po kilku minutach w rozgrzanym samochodzie zdjęła kurtkę, dotknęła czule jego dłoni i zapytała kokieteryjnie:

- Cieszysz się, że jadę z tobą?

Spojrzał na nią już udobruchany i odpowiedział przeciągle:

 - Natuuuralnie, ale wiesz, że balansujesz na cienkiej linii.

Uśmiechnęła się do siebie, bo wiedziała, że już mu przeszła cała ta złość na jej „spóźnialstwo”. Niepokoiły ją jednak jego regularne irytacje, a czasem wybuchy złości. Nie mieszkała z nim na co dzień, więc mieli czas, żeby zatęsknić, a ich relacje były generalnie dobre. Chociaż nie podobało jej się to, że przedkładał życie towarzyskie nad wartości i obowiązki rodzinne. Kobieta próbowała łączyć swoje role i jakoś im sprostać. W końcu te wszystkie ich spotkania dostarczały jej jakiegoś odprężenia i bodźców do pisania czy to artykułów, czy książki.

To, co najbardziej zastanawiało Karolinę w zachowaniu Konrada, to to, że lubił oglądać filmy pełne przemocy, szczególnie koncentrował się na brutalnych scenach, zwłaszcza wojennych. Tłumaczył jej, że w wieku szkolnym pasjonowały go wyłącznie przedmioty ścisłe, a historia go wtedy zupełnie nie interesowała, a obecnie po prostu nadrabia zaległości. Niespecjalnie ją te argumenty przekonywały, ale z drugiej strony przyznawała, że jako nastolatka też oglądała podobne filmy, a jeszcze częściej pochłaniały ją wtedy książki o takiej tematyce. Ogromne wrażenie zrobiły na niej wówczas "Medaliony" Zofii Nałkowskiej, "Inny đwiat” Grudzińskiego, "Quo vadis" oraz generalnie powieści o starożytności, a szczególnie o epoce cesarstwa rzymskiego. Chłonęła wtedy wiedzę, jednak po pierwszym szoku, jaki przeżyła stwierdziła, że historia zatacza koło i powtarza się na przełomie wieków również w kwestii przemocy czy to psychicznej, czy fizycznej i zaczęła unikać takich filmów czy lektur. Jedynie czasem oglądała kryminały o wątkach psychologicznych. Uwielbiała też filmy Almodovara, pełne zaskakujących zwrotów akcji, przekraczających granice, ale to wszystko miało dla niej jakichś wytłumaczalny cel. Konrad stwierdził, że Karolina ma słabą psychikę i pewnie wolałaby oglądać łzawe seriale. Denerwowało ją to bardzo, ale zauważyła też, że w święta jej mężczyzna oglądał z przyjemnością filmy familijne - najczęściej o bogatych rodzinach... Ponieważ zależało jej na ich związku, szukała dla niego różnych usprawiedliwień.

niedziela, 15 listopad 2015 23:24

 

Czas na zmiany!

 

Nie należy bać się niczego, co nie grozi śmiercią. Życie jest zbyt cenne, żeby mieć za dużo lęków

Mariusz Szczygieł

 

Kobieta 1

 

Przełamała się, zaryzykowała i podjęła decyzję o porzuceniu pracy nauczycielki, która, pomimo zarobków niewystarczających na pełne utrzymanie rodziny, dawała pewną stabilizację. Osiągnęła już najwyższy stopień awansu zawodowego – tytuł nauczyciela dyplomowanego, była zatrudniona na czas nieokreślony, miała długi płatny urlop, ale co z tego! W jej sytuacji pensja wystarczała tylko na zakupy w pobliskim supermarkecie; wyżywienie dla dorastających nastolatków i środki chemiczne. Długie wakacje stanowiły atut, kiedy dzieci były małe i wyjeżdżała z nimi nad morze czy w góry w poszukiwaniu „świeżego” powietrza.

 

Teraz, kiedy Karolina mieszkała sama z synami, przez kilka lat zupełnie bez alimentów, których nie potrafiła wyegzekwować od ich nieporadnego ojca, spłacając kredyt za samochód, a na początku jeszcze pewne długi eks-męża, była zmuszona „dorabiać”, pisząc artykuły PR-owe dla pewnego rentownego miesięcznika. Chłopcy zaczęli już sami wyjeżdżać na swoje obozy sportowe, a Karolinę było stać tylko na przedłużone wyprawy weekendowe z synami. Z czasem, na szczęście, uregulowała wszystkie swoje zobowiązania, a szczególnie jej eksa, które także ją obciążały przez jakichś czas. Zdecydowała wówczas, że zaryzykuje i porzuci obie prace na rzecz tego, o czym zawsze marzyła – podróżowania i utrzymywania się z pisania książek i reportaży. Tak, klamka zapadła - czas na zmiany!

 

W takim razie skąd pomysł na DZIECKO? Kolejne dziecko?! Kobiety rozwiedzionej, która nie wyszła ponownie za mąż, nie mieszka ze swoim partnerem i o zgrozo, skończyła czterdziestkę! Ta uparta myśl i pragnienie ponownego zostania mamą pojawiła się, banalnie rzecz ujmując, zaraz po świętach Bożego Narodzenia. Czyżby dlatego, że zachwyciła ją rodzinna atmosfera przy stole? Bynajmniej! Karolina czuła się w tym okresie w ostatnich latach jak sierota. Sześć lat wcześniej jej zaledwie sześćdziesięcioletni ojciec zmarł nagle, siedząc przy stole i jedząc z żoną kolację. Tylu rzeczy nie zdążyła powiedzieć tacie - ciągły wir życia, praca, dzieci. Później zmarł Michael Jackson, a jej ówczesny „partner” , jednocześnie ojciec ich dzieci i jej były mąż, z którym zamieszkała na nowo kilka miesięcy po rozwodzie, żeby jak twierdził „zacząć wszystko od nowa”, oznajmił jej, że go to wszystko przerosło, więc musi odejść tym razem na dobre. Kiedy po kilku miesiącach znowu chciał wrócić, gdy Karolina zaczynała stawać na nogi, jeszcze w trakcie żałoby po ojcu, przy rozpaczającej matce i nieustannych kłopotach finansowych, odmówiła stanowczo: Na dobre, to na dobre!

 

Adam próbował manipulować dziećmi, które prosiły, żeby pozwoliła wprowadzić się tacie na nowo. Młodszy zapytał:

- Pozwólisz tacie wstawić łóżko do mojego pokoju, jeśli nie chcesz, żeby mieszkał z Tobą.

Karolina była jednak nieugięta, nie zniosłaby już kolejnego rozstania, szczególnie w obliczu faktu, że ostatnio wyprowadził się, kiedy znalazła się w chorobie i żałobie. Miała pękniętą chrząstkę w kolanie, rehabilitacja trwała długo, a ona nie była nawet w stanie wnieść dzieciom zakupów na drugie piętro.

 

Znalazła pomoc u psycholożki szkolnej, którą znała od lat. Tłumaczyła ona dzieciom, że takie huśtawki nie są dla nich dobre, a ze swoim tatą będą mieć kontakt zawsze, chociaż inny niż kiedyś, ale tak już musi być. Karolina nigdy im tego nie utrudniała, mógł zabierać synów do siebie, kiedy tylko chcieli i pozwalał im na to czas, bo przecież mieli też wiele zajęć pozaszkolnych. Co drugi weekend i połowę świąt spędzali ze swoim ojcem. Początkowo w takie dni zapraszała do siebie przyjaciółki, a później spędzała ten czas z Konradem i jego rodziną. Uznała, że z matką dosyć apodyktyczną, nieznoszącą sprzeciwu, będzie się spotykać tylko w towarzystwie dzieci lub koleżanek, żeby nie narażać się na jej kolejne krytyczne uwagi pod swoim adresem. Ciągle od niej słyszała: - Wiele musiałam poświęcić i znosić od Twojego ojca, żeby utrzymać małżeństwo. Teraz kobiety są zbyt wyzwolone, feministki jedne!

 

Ostatnią Wigilię spędziła u matki z Konradem, dziećmi i ciocią. Więcej bliskiej rodziny nie miała, odeszli. Jedynie jej młodszy brat jeszcze żył, ale nie było wiadomo dokładnie gdzie. Wybrał życie globtrotera, wędrował po świecie, imał się różnych dorywczych prac, nie przywiązywał się do nikogo ani do niczego. Jego życzenia świąteczne i urodzinowe, o których wysłaniu zawsze pamiętał, docierały kilka tygodni po fakcie. Potem pojechali w czwórkę do domu Konrada, gdzie spędzili kolejny dzień tylko w towarzystwie dzieci, nie nudząc się, bo tyle czasu zajmowało im przygotowywanie świątecznych potraw dla ciągle nienajedzonych prawie dwumetrowych nastolatków, którzy wieczorem wyjechali do swojego ojca. Następnego dnia Konrad przywiózł swoją mamę, starszą bardzo miłą panią, z którą Karolina lubiła rozmawiać na tematy z jej przeszłości: trudnych czasów wojennych, ale też jej młodości w okresie komunizmu. Rozmawiały także o jej mężu, ówczesnym prominencie w strukturach samorządowych, społeczniku, ale także o nowinkach dotyczących zdrowia oraz przepisów kulinarnych. To ona nauczyła Karolinę, jak robić najlepszą na świecie zupę z suszek, którą już po raz trzeci przygotowywała z Konradem kilka dni przed świętami, żeby wszystkie bakalie „się przegryzły”. Szymon, młodszy syn, uwielbiał tę kwaśno-słodką potrawę, a nawet jej zachowawcza mama i jej siostra z czasem wprowadziły to danie do wigilijnego menu.

Podczas uczty świątecznej, przeplatanej potrawami mięsnymi, jak pieczony indyk czy królik z hodowli przyjaciół oraz makowymi deserami i ulubionym sernikiem Konrada na spodzie drożdżowym, który zawsze konsekwentnie odkrajał, doszło do rozmowy na temat przyjaciół:

 

- A co słychać u Marka? - starsza pani zapytała syna o jego najbliższego przyjaciela od czasów piaskownicy

 

- W pracy sporo się u niego dzieje, nadal pracuje w klinice, na uczelni, ma prywatną praktykę i ciągle wyjeżdża na sympozja – odpowiedział Konrad, nalewając paniom czerwonego półwytrawnego wina

 

- A to pewnie nie ma za dużo czasu dla rodziny? - zauważyła starsza pani.

 

- Domem zajmuje się Klaudia i chyba nieprędko wróci do pracy, bo Marek zgodził się na kolejne dziecko, ale pod warunkiem, że to ona przejmie na siebie tego typu obowiązki.

 

- A to Marek ma kolejne dziecko z nową żoną? - zdziwiła się pani Łucja.

 

- No, teraz to jest ojcem czwórki – podsumowała Karolina.

 

- O mój Boże! - powiedziała ze współczuciem w głosie mama Konrada.

 

- Jakoś dają radę, Marek sporo zarabia, a Klaudia jest bardzo zaradna w sprawach organizacyjnych i sprawia wrażenie, że pogodziła się już ze swoją rolą, przynajmniej na razie – skomentował Konrad.

 

- Chociaż, ja to mu się dziwię. O narodzinach jego córki dowiedzieliśmy się, jak byliśmy na weekendzie majowym w Budapeszcie. Gdybyśmy mieli małe dziecko, nie pojechalibyśmy z Karoliną np. do Chin. Nie mam już głowy do robienia z dzieckiem szlaczków – prowadził swój długi wywód. - No, ale gdyby się przytrafiło, to musiałbym je jakoś wychować.

 

- No, naturalnie, że tak – krótko ucięła jego mama.

 

Kiedy starsza pani pojechała do domu, rozmowa Karoliny z Konradem zeszła na temat ich dzieci:

 

- Szkoda, że Adam spędza większość czasu z chłopakami w domu, przed telewizorem albo nad pizzą. Jako były sportowiec i trener, mógłby nauczyć ich lepiej pływać czy zachęcić do jazdy na nartach. A tak skupiają się tylko na jednym sporcie i za mało się rozwijają – martwiła się Karolina.

- Z Manfredem zawsze miałem dobre relacje, chociaż czasem się buntował, jak chciałem go wyciągnąć na jakieś zajęcia. Wkurzał się, jak poprawiałem jego styl pływania, chociaż jak odpoczywaliśmy w Egipcie, to chętnie ze mną snorkował. Nauczył się jeździć na nartach dopiero jako nastolatek, a jak byliśmy ostatnio w Alpach z jego dziewczyną, to udzielał jej tych samych rad, co ja jemu przed kilku laty.

-To miłe, że są takie efekty – skomentowała.

- Tak, ale przez moje podróże służbowe, no i rozwód, kiedy Manfred miał 11 lat, nie miałem zbyt dużego wpływu na jego codzienne wychowanie – powiedział zamyślony.

Hmm – westchnęła.

Następnego dnia Karolina poszła do lekarza po skierowanie na morfologię. Po drodze myślała, że chyba zwariowała. Nie zamieszkała z Konradem, bo jej synowie nie chcieli przeprowadzić się do nowego, wygodnego domu zlokalizowanego kilkadziesiąt kilometrów od ich ukochanych klubów sportowych. Teraz, kiedy dorastają i mogłaby powoli myśleć o swoim własnym życiu i rozwoju zawodowym, to zachciało jej się dziecka! Z jej potencjałem, kilkoma dyplomami uczelni wyższych, znajomością języków obcych, doświadczeniem zawodowym. Kilka lat pracowała w jednej z pierwszych korporacji międzynarodowych, jakie powstały w Polsce, w czasach studenckich pilotowała wycieczki zagraniczne, pracowała też w Stanach. Pisała reportaże dla ogólnopolskich i zagranicznych pism, naszkicowała powieść (której jednak nie odważyła się do tej pory wydać z pewnych powodów osobistych), miała teraz szansę rozwinąć skrzydła na polu zawodowym.

piątek, 28 sierpień 2015 08:00

I Fragment (lutniczy)- rozdział 1

Wprawa prawego przegubu, wykonującego ledwie centymetrowe, czasem jeszcze krótsze, półkoliste ruchy, graniczyła z mechaniczną rutyną. Pewna w dążeniach dłoń chowała w swym zagłębieniu niemal cały trzonek, w którym zakotwiczona była ostrzejsza część dłutka. Pod tą maską zdecydowania brzmiała jednakże nuta niepokoju. Jeden nieuważny ruch, podobnie jak w pracy nad marmurową rzeźbą, zwłaszcza w końcowej fazie dzieła, mógł w zasadniczym stopniu popsuć efekt finalny.

Drewniana płyta w cierpliwym procesie odchudzania, do którego wykorzystany został bogaty zasób narzędzi, w miarę upływającego czasu przybierała kształty i rozmiary wytyczone precyzyjnymi, grafitowymi oznakowaniami. Ołówkowe obrysy o ósemkowym kształcie, niczym górskie poziomice, wyznaczały na bardziej szczegółowych niż turystyczne mapach grubość i wysklepienie płyty rezonansowej, do której dążyły fachowe pociągnięcia przyborów. Warstwice – bo taką fachową nazwę noszą – dziurkowane były precyzyjnymi nawierceniami i w pewnym momencie wyglądały jak zamknięty jeden w drugim krąg różańców, z otworkami w miejsce paciorków. Dłutko dochodziło do w ten sposób wyznaczonej głębokości, a następnie oddawało pole precyzyjniejszym przyborom, wreszcie – szlifującemu papierowi.

reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama