reklama
Magazyn WhyStory logo
reklama
Nauka i Praca > why story
niedziela, 22 listopad 2015 02:08

W latach 1991–1996 studiowałem socjologię. Moje wspomnienia z tamtego okresu są jak chmurki na wietrze błękitnego nieba: egzamin wstępny, akademik, Ania. Egzamin z języka polskiego, historii, języka angielskiego. Później był akademik - nauka lub picie do rana; koszykówka - do upadłego, bez zastanawiania się nad konsekwencjami zdrowotnymi czy możliwością dalszej kariery (co nie oznacza, że nie żałuję, że się nad tym nie zastanawiałem).

 

Ania - poznana na drugim roku, studiowała politologię; dzieliliśmy wspólnie korytarz, na którym znajdowały się te dwa kierunki wydziału nauk społecznych; nad nami była filozofia, pod - historia; nad chodziliśmy bardzo często (było tu cicho i bezludnie; nas niewielu, około czterdzieści osób, filozofów jeszcze mniej), pod - rzadko, w tłoku przeszłych ważnych wydarzeń czuć było zaangażowanie ideologiczne. Ale ta Ania, którą zagadnąłem w szkolnej księgarni pytaniem na temat Lolity Nabokowa; nie pamiętam o co ani co odpowiedziała. Odprowadziłem ją na przystanek autobusowy i tak już zostało - już ponad dwadzieścia lat na różnych przystankach czekamy razem, do różnych autobusów wsiadając.

Studia to także nauczyciele. Dobrze wspominam tych, na których musieliśmy czekać (czasami bez skutku). Nie zwracając uwagi na godzinę rozpoczęcia zajęć, zjawiali się spóźnieni. Jednak nikomu z nas nie przyszło nawet na myśl, żeby się z tego powodu poskarżyć jakimś ciałom administracyjnym uczelni; zajmowaliśmy się sobą, by po nadejściu prowadzącego zasiąść w ławkach. Słuchaliśmy niezrozumiałych wypowiedzi; czując, że motywują do rozszyfrowania nowo poznanych pojęć, czytania książek, myślenia nad nimi po wyjściu z uczelni, w domu, na wakacjach. Spóźnialscy wymagali od nas czytania książek, dyskusji i sporządzania notatek z wykładów (przy użyciu długopisu).

Źle wspominam punktualnych, zaczynających i kończących zawsze o wyznaczonej godzinie. Jeśli ktoś z nas się spóźnił, nie był wpuszczany na wykład czy ćwiczenia lub otrzymywał karę w postaci wykonania dodatkowej pracy. Patrząc na nich widziałem ich zamknięte głowy i otwarte książki na biurkach, czytali z nich powoli, pilnując byśmy dokładnie przepisali tekst. Pewnie dziś są to ci, którzy nie potrafią przeprowadzić zajęć bez pomocy rzutnika multimedialnego. Stojąc tyłem lub bokiem do zebranych, czytają pojawiające się zdania, co jakiś czas robiąc przerwę, by coś powiedzieć, przeprowadzić niby swoją analizę, żeby nie wyglądało, że tylko czytają, żeby usprawiedliwić swoją obecność, jakoś wytłumaczyć zebranym po co tutaj są, bo przecież nie po to, żeby przeczytać tekst pojawiający się na ścianie; jednak nie są to żadne analizy, krytyki, interpretacje, jedynie ubogie parafrazy.

Osobą, która łączyła w sobie najlepsze cechy dwóch opisanych zbiorów nauczycieli była pani doktor Basia od statystyki - dowód na to, że w przyrodzie nie występują czyste modele - nie spóźniała się na zajęcia, kończąc je o wyznaczonej porze, przed sobą nie miała otwartej książki, przekazując trudne treści, w jakie obfituje demografia i statystyka, w sposób, który mógł zainteresować, nie posługiwała się także rzutnikiem multimedialnym; wymagała czytania książek i używania długopisu. Była ładną blondynką, zawsze elegancko ubraną. Widziałem w niej osobę wymagającą. Jednak wtedy, jako student mieszkający w akademiku, mający wiele ciekawych zajęć na oku, nie analizowałem dokładnie jakości pracy swoich wykładowców.

Przyszedł na to czas wiele lat później. W szkole, w której pracowałem jako nauczyciel spotkałem panią Basię. Widywaliśmy się mniej więcej raz w tygodniu, w godzinach wyznaczanych planem zajęć. Uczyła tego samego, co w Uniwersytecie - demografii i statystyki. W małej, kameralnej szkole mogłem poznać ją lepiej (co nie znaczy, że dobrze). Podziwiałem jej starannie wypełniony dziennik lekcyjny, zapisany drobnymi literkami, zawierający wyczerpujący i spójny opis prowadzonych zajęć, podczas gdy miejsca w dzienniku przeznaczone dla innych nauczycieli zazwyczaj świeciły pustkami, a ewentualne wpisy dokonywane były byle jak.

W ostatnim roku naszej pobieżnej znajomości Pani Basia chorowała, przez cały czas prowadząc wykłady i egzaminy; czasami zdarzało się, że zasłabła i musiała opuścić szkołę w karetce pogotowia ratunkowego; co nie przeszkadzało jej następnego dnia, prowadząc swój samochód, zjawić się w szkole. Jako pracownik różniła się od tych, którzy wieczorne kichnięcie traktują jako oczywisty powód, by nie przyjść do pracy dnia następnego; biorą zwolnienie lekarskie, chcąc w okresie wakacyjnym skorzystać z pięknej, letniej pogody; jak mówią: „nie chcą latem kiblować w pracy”. Nie martwią się, że zarobią czterysta czy pięćset złotych mniej. Złości ich za to brak tej kwoty w portfelu; uważają, że ktoś jej tam nie włożył albo ją stamtąd zabrał. Nie są świadomi swojego wpływu na ilość pieniędzy we własnym portfelu. Narzekają, że ich nie mają albo że stracili pracę. Mówią, że ktoś ich zwolnił; a przecież sami się zwolnili dzięki takiemu postępowaniu.

Studentom natomiast przeszkadza konieczność czytania książek i używania długopisu do robienia notatek z wykładów i ćwiczeń. Dla nich najlepiej byłoby ziewająco-śpiąco wysłuchać prezentacji multimedialnej rozpoczynającej się dokładnie w wyznaczonej godzinie. Nie potrafią czekać na wykładowcę, domagają się jego obecności o zaplanowanej godzinie, by włączył rzutnik, odwrócił się do nich tyłem lub bokiem, a oni mogli zacząć drzemać w ławkach. Broń Boże jakiejś dyskusji na zajęciach czy notowania, broń Boże książek do przeczytania. Nie chce im się czekać na wykładowcę, bo przecież nikt nie będzie czekał na nudną prezentację multimedialną, a poza tym, co mieliby robić w trakcie tego czekania; bo przecież chyba nie rozmawiać; patrzenie w smartfon także jest bez sensu - można to robić w trakcie zajęć (patrz: prezentacji multimedialnej), na dyskusję o książkach też nikt nie będzie czekał, bo żadnych książek nikt nie przeczytał; poza tym, po co czytać, dyskutować, robić notatki? Dla dzisiejszej młodzieży studiującej jest przecież wiele innych ciekawszych rzeczy do roboty.

Teraz siedzę w kościelnej ławie, zbyt wąskiej na moje długie nogi, zastanawiając się czy pani Basia została skremowana? Taka plotka wpadła mi gdzieś w ucho. Myślę, że nawet gdy wnieśli do wnętrza kościoła trumnę, w dalszym ciągu jest możliwe, że została poddana skremowaniu, a pojemnik z prochami zmarłej umieszczono w środku. Być może tak to robią – wkładają pojemnik z prochami zmarłej do trumny, żeby nie wzbudzać sensacji i zgorszenia, wywołanego widokiem małej puszki umieszczonej w centralnym miejscu świątyni. Tradycyjne pudełko na zwłoki, jakim jest duża, drewniana trumna nadaje się bardziej do tego, by zachować nastrój towarzyszący ostatniej podróży. Są też tacy, którzy uważają, że nie jest to ostatnia podróż, lecz kolejna. Co za tym idzie nie wymaga od nas jakiegoś szczególnego przygotowania, odświętnego nastroju i stroju, odświętnej miny i łzy w oku; nie wymaga od nas rezygnowania z jakiś ważnych lub mniej ważnych spraw, by w dniu i godzinie odjazdu stawić się na peronie z machającą ręką. Nie trzeba punktualnie od do sterczeć na uroczystości pogrzebowej by oddać hołd – jak by chcieli tego i tak powiedzieli punktualni patetyczni; można się spóźnić lub nie przyjść wcale, by pożegnać się do następnego spotkania, jak chcieliby i mówią zwykli spóźnialscy. Spotkamy się przecież znowu i to bardzo szybko. Znów będziemy trzymać się za ręce, idąc przed siebie, spoglądając od czasu do czasu na swoje profile. W przypadku pani Basi – znów przyjdę na jej zajęcia (jako młody student pierwszego roku), otworzę małą, cienką książeczkę, na okładce której ludzkie postacie ściśnięte blisko siebie mówią mi, że rzeczywistość to tysiące głów, a każda przy jakiejś innej głowie.

nauczyciel kafelka

Tomasz Chorab

 

 

reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama