reklama
Magazyn WhyStory logo
reklama
Sprawy społeczne > ludzie
wtorek, 07 czerwiec 2016 20:15

Z sercem na dłoni

Znany wszystkim Polakom i bliski sercom milionów Jurek Owsiak właśnie otrzymał nominację do tytułu Lider z powołania w kategorii: Lider społeczny. Nie trzeba chyba tłumaczyć skąd ta nominacja, gdyż doskonale wiemy, że należy on do najbardziej charyzmatycznych i zaangażowanych w pomoc społeczną liderów. Skąd i jak te wszystkie pobudki, ale także zdolności i umiejętności zebrały się w jednym człowieku?! Na podobne pytania, np. jak pokonywał swoje własne blokady, odpowiedzi szukała Beata Sekuła, autorka Programu i artykułu.

 

Wychowany w grupie

Chęć pomagania, działania w zespole oraz umiejętność zarządzania grupą zaangażowanych ludzi nie wynika u Jurka Owsiaka z jego doświadczeń z dzieciństwa takich, jak np. pełnienie roli przewodniczącego klasy. Sam twierdzi, że zajmowali się tym zwykle uczniowie lepsi od niego. Jego powody były zupełnie inne...

- Cechy społeczne przejąłem po ojcu, pułkowniku milicji, który jako mały dzieciak został sierotą, bo jego rodzice, którzy brali udział w wojnie polsko-rosyjskiej odeszli znacznie za wcześnie - zaczyna swoją opowieść. - Moja prababcia umieściła go w słynnym sierocińcu Kazimierza Jerzewskiego dla dzieci legionistów, z którego sieroty często były adoptowane przez rodziny ziemiańskie. Mój tata trafił do państwa Domańskich. Dzięki tym ludziom miał w sobie zakodowane, że jak się coś ma, to trzeba się tym dzielić. Takie wartości Zbigniew Osiak przekazywał też swoim synom, nie robił im wykładów na ten temat, ale chłopcy często obserwowali, jak ojciec pomagał wszystkim, którym przytrafiało się coś złego.

Jurek ponadto wspomina lata szkolne jako okres, kiedy wszystko, co najważniejsze, toczyło się na podwórku. Sens życia tkwił w przebywaniu razem, w grupie. Urodził się w Gdańsku, chociaż jego mama pochodziła z Warszawy. Mieszkali w blokowisku wybudowanym w latach pięćdziesiątych i, jak wszyscy, mieli swój wyznaczony dzień mycia klatki schodowej. - To życie społeczne miało ogromny wpływ na to, kim teraz jestem. Wszyscy sąsiedzi dobrze się znali i zawsze mogliśmy liczyć na wzajemną pomoc. Wszystkie te historie związane z pożyczaniem szklanki mąki, cukru czy mleka naprawdę miały miejsce. – śmieje się Jurek. - Życie w takiej symbiozie mimo, że można w naszych czasach na to różnie patrzeć, przynosiły efekty, bo nikomu na podwórku krzywda się nie stała, gdyż sąsiedzi na każdego brzdąca zwracali uwagę, jak na własnego. Wspomina, że czymś zupełnie normalnym było, że dziecko pukało do drzwi sąsiadki z prośbą o kromkę chleba z masłem. Jurek podkreśla też, że nie istniało zjawisko odgradzania się od siebie z powodu wyższego statusu społecznego czy stanu posiadania, pewnie dlatego, że wszyscy mieli tyle samo.

W drugiej klasie szkoły podstawowej wrócili do Warszawy, gdzie zamieszkali przy ulicy Czerniakowskiej. - Życie w tej dzielnicy wymagało potwierdzenia, że jest się stąd, ale już gdzie indziej była bitwa o to, by chronić honor swojego miejsca. To także rozwijało relację z kolegami należącymi do grupy – wspomina z nostalgią. - Dziwi mnie, kiedy patrzę na dzisiejsze dzieciaki, które potrafią spędzać cały wolny czas przed komputerem i porozumiewają się ze sobą tylko w sposób elektroniczny, jakoś tak skrótowo. Moja teściowa w ogóle nie rozumie sposobu, w jaki się komunikują. Ze wzruszeniem opowiada o swojej szkole podstawowej z czasów socjalizmu, gdy gloryfikowane wartości przedstawiano w filmach typu Czterej pancerni i pies. Była to zupełnie inna ideologia niż dzisiaj. Z drugiej strony miał poczucie, że szkoła i dom były ze sobą ściśle powiązane, co sprzyjało wychowaniu dzieciaków. Kiedy coś spsocił, np. poszedł na wagary to natychmiast jego rodzice byli o tym informowani, więc konsekwencje były wyciągane bezzwłocznie.

Pokolenie Jurka wszystko przeżywało wspólnie, razem odkrywali np. muzykę, której słuchali w grupie. Kiedy był nastolatkiem usłyszał, że gdzieś za granicą jest organizowany wielki festiwal w Ameryce, podczas którego wszyscy dobrze się bawią. Na którym grają muzycy, których nazwisk nie potrafił nawet wymówić. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych był to zupełnie inny świat. Był zachwycony, kiedy widział na zdjęciach hipisów z Ameryki, którzy nosili dzwony i sprawiali wrażenie szczęśliwych, żyjąc w grupie. Sam poszedł do szewca, który zrobił mu buty z frędzlami. Okazały się niewyobrażalnie drogie, więc kupił je na dziesięć rat, ale sprawiły, że poczuł się szczęśliwy.

- Uważam, że nie było nic złego w tym, że człowiek szukał jakieś wzoru, do którego chciał się upodobnić, bo w ten sposób odnajdował też własną formę ekspresji, a obraz amerykańskich hipisów i sposób w jaki żyli był przez nas idealizowany na tle siermiężnej polityki socjalizmu – przyznaje. - Człowiek myślał, że komuna będzie istnieć do końca świata. Przy takim myśleniu pozostawało tylko to, co sprawiało największą przyjemność, czyli nieokiełznana wyobraźnia i przebywanie z przyjaciółmi.

Kolejną rzeczą, która wręcz pochłonęła Jurka był autostop. Twierdzi, że takie wędrowanie po Polsce okazało się niesamowitym zjawiskiem w tamtym ustroju politycznym. Chociaż trzeba było się zarejestrować i otrzymać książeczkę autostopowicza, to dawało to młodym ludziom jakąś formę wolności. Był to dla niego kolejny etap zdobywania samodzielności, ponieważ podczas takiej podróży trzeba było sobie radzić samemu. Rodzice byli przestraszeni, bo miał wtedy dopiero siedemnaście lat. - Nie byliśmy jako społeczeństwo przygotowani do wielu rzeczy, na taki szok kulturowy, przyzwyczajaliśmy się do nowych możliwości powoli. Jednak dzięki moim doświadczeniom życiowym, kiedy rozpocząłem po latach działalność na rzecz Orkiestry Świątecznej Pomocy, nigdy nie miałem żadnych oporów lub obaw czy akcja się uda, po prostu robiłem i robię to, co do mnie należy i jeszcze przy tym się dobrze bawię. A gdyby ktoś dwadzieścia czy trzydzieści lat temu powiedział mu, że ma prowadzić program telewizyjny, to twierdzi, że postukałby się po głowie.

 

Od Ludowego Wojska Polskiego, przez pracę terapeuty i witrażysty do mediów

czwartek, 12 maj 2016 09:28

Siostra Małgorzata Chmielewska gościem Akademii Sztuk Przepięknych oraz program pierwszego dnia koncertów na Scenie Viva Kultura!

Z ogromną przyjemnością ogłaszamy, że Siostra Małgorzata Chmielewska spotka się z Woodstockowiczami w środę (13 lipca) o godzinie 18:00 na tegorocznej Akademii Sztuk Przepięknych. Znamy również program pierwszego dnia koncertów (13 lipca), które odbędą się na Scenie Viva Kultura w Pokojowej Wiosce Kryszny!

                                 

Siostra Małgorzata Chmielewska urodziła się 20.03.1951 r. w Poznaniu. Uczęszczała do Liceum Sióstr Niepokalanek w Szymanowie, ukończyła Liceum Ogólnokształcące E. Dembowskiego w Warszawie. W 1973 roku uzyskała tytuł mgr biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Podczas studiów była związana z Klubem Inteligencji Katolickiej.


Jest współzałożycielką Katolickiego Stowarzyszenia Pracy i Nadziei, od 1989 roku współprowadziła dom dla bezdomnych w Pieńkach k. Warszawy. W 1989 roku założyła wraz z Tamarą Kwarcińską-Smajkiewicz dom dla bezdomnych w Bulowicach. Dom ten został wkrótce później włączony do Katolickiej Wspólnoty "Chleb Życia", która prowadzi działalność w 8 krajach świata.

Wraz ze współpracownikami założyła w sumie 7 domów dla ludzi bezdomnych w Warszawie i w woj. świętokrzyskim, świetlicę dla dzieci i młodzieży oraz punkt przedszkolny. Zorganizowała warsztaty pracy dla bezrobotnych oraz zainicjowała powstanie funduszu stypendialnego dla ok. 600 młodych ludzi z ubogich rodzin. Organizowała transporty z pomocą humanitarną na Litwę i do Rumunii. Przez prawie dwa lata organizowała kuchnię dla bezdomnych w Brześciu na Białorusi, ktra wydawała 300 posiłków dziennie. Z inicjatywy prowadzonej przez nią Wspólnoty "Chleb Życia" bezdomność weszła w programy wyższych uczelni (pierwsze zajęcia odbywały się w Wyższej Szkole Pedagogiki Specjalnej).

Współinicjatorka powstania Rady Opiekuńczej dla Bezdomnych przy Prezydencie Miasta Stołecznego Warszawy i wieloletnia jej przewodnicząca.

W 2002 roku założyła Fundację "Domy Wspólnoty - Chleb Życia" w celu skuteczniejszego rozwiązywania problemów bezrobocia i wyrównywania szans edukacyjnych ubogiej młodzieży.

Siostra Małgorzata Chmielewska została odznaczona m.in. Medalem św. Jerzego, Orderem Ecce Homo, honorową odznaką Rzecznika Praw Obywatelskich „Za Zasługi dla Ochrony Praw Człowieka”, Medalem "Zasłużonych dla Warszawy" oraz Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Jest laureatką Nagrody „Totus”, Nagrody Ministra Pracy i Polityki Społecznej, Nagrody Tischnera oraz tytułów "Kobieta Roku", "Biznes Woman".

Jest autorką książki „Wezwanie” (Kraków 2001) oraz współautorką wydawnictw: „Adoracja Najświętszego Sakramentu źródłem wiary” (Kraków 2002), „Usta pełne śmiechu” (Kraków 2008). Jest bohaterką książek: „Wszystko, co uczyniliście” (Kraków 1999), „Generał w habicie” (Kraków 2010) oraz „Cerowanie świata” Poznań 2015.

Jest matką zastępcza piątki dzieci.

 

Pokojowa Wioska Kryszny jest stałym i niezwykle barwnym elementem Przystanków Woodstock. Jej organizatorem jest Fundacja Viva Kultura, która co roku stara się przybliżyć uczestnikom festiwalu elementy kultury Indii (w postaci warsztatów jogi i medytacji, pokazów tańca, teatru, filozofii i mantr) oraz dba o Woodstockowiczów poprzez przygotowanie dla nich i sprzedaż po minimalnych kosztach wegetariańskiego i wegańskiego jedzenia. 

Ideą Pokojowej Wioski Kryszny jest również prezentowanie muzyki, która jest głównym nośnikiem pozytywnej energii Przystanku Woodstock. Co roku organizowana przez nich Scena Viva Kultura - trzecia scena festiwalu - gromadzi wiele znanych i lubianych zespołów z Polski i ze świata. 

Na tegorocznej edycji Przystanku Woodstock Scena Viva Kultura rozpocznie swoją działalność 13 lipca (środa). Tradycyjnie każdego dnia od godziny 13:00 będzie prezentowany program artystyczny, a o godzinie 16:00 wystartują koncerty, które zakończą się po północy. Znamy już program na pierwszy dzień festiwalu. 

Przystanek Woodstock to największy w Polsce i jeden z największych w Europie festiwali muzycznych. 22. Przystanek Woodstock odbędzie się w terminie 14-16 lipca 2016 roku w Kostrzynie nad Odrą (woj. lubuskie). W czasie tegorocznej edycji festiwalu na 4 scenach zaprezentuje się kilkudziesięciu wykonawców z Polski i ze świata, m.in. The Hives, Molotov, HEY, Vintage Trouble, Luxtorpeda, Marcelina, Inner Circle, Apocalyptica, The Dead Daises, The Rumjacks, Bring Me The Horizon, Living Colour, Dilated People, Tarja Turunen i DragonForce. 

W ramach Akademii Sztuk Przepięknych odbędą się spotkania z wybitnymi osobistościami świata kultury, polityki i sportu. Z Woodstockowiczami spotkają się m.in. Janina Ochojska, Jerzy Stuhr, Tomek Michniewicz, Karolina Korwin Piotrowska, czy Zbigniew Buczkowski. Uczestnicy Festiwalu będą także mogli brać udział w różnych formach warsztatów artystycznych oraz angażować się w szereg inicjatyw społecznych i obywatelskich. W czasie Przystanku Woodstock zaprezentują się liczne organizacje pożytku publicznego, realizowanych będzie cała gama projektów edukacyjnych oraz sportowych.

Organizatorem imprezy jest Fundacja Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, która w ten sposób pragnie podziękować polskiej młodzieży za jej zaangażowanie w zimowy Finał WOŚP. Koncert jest niekomercyjny, niebiletowany, a środki na jego organizację zapewniają liczni sponsorzy. Festiwal nie może być i nie jest finansowany ze środków zebranych w czasie Finału WOŚP.



Oficjalna strona Przystanku Woodstock: www.woodstockfestival.pl.

niedziela, 08 maj 2016 09:59

Genewa, 6 maja 2016 r. – W ubiegłym roku ponad 95 000 dzieci uchodźców i migrantów podróżowało po Europie bez opieki. Była to rekordowa liczba. Dlatego UNICEF apeluje o podjęcie wszelkich niezbędnych działań w celu ochrony tych dzieci. Są one narażone na wykorzystanie i handel ludźmi.

 

Interpol szacuje, że jedno na dziewięć dzieci uchodźców i migrantów przemieszczających się bez opieki nie zostało ujęte w statystykach lub zaginęło. Przykładowo, w Słowenii ponad 80% samotnych dzieci zniknęło z ośrodków dla uchodźców, a w Szwecji każdego tygodnia zgłasza się zaginięcie nawet 10 dzieci. W tym roku w Niemczech zgłoszono zaginięcie 4700 dzieci, które do Europy przybyły same.

Wiele dzieci podróżujących samotnie ucieka z ośrodków dla uchodźców, aby dołączyć do swoich krewnych. Wiele też ucieka, bo nie zostały odpowiednio wysłuchane w celu określenia ich najlepszego interesu, bądź ich prawa nie zostały im należycie wyjaśnione, powiedziała Marie-Pierre Poirier, Specjalny Koordynator UNICEF ds. Uchodźców i Migrantów w Europie.

Apel UNICEF pojawia się w momencie, w którym państwa członkowskie Unii Europejskiej zaczynają negocjacje, które mają w bardziej sprawiedliwy i zrównoważony sposób stworzyć system radzenia sobie z uchodźcami i migrantami. UNICEF podkreśla, że każda decyzja dotycząca dzieci powinna być podjęta z myślą o ich najlepszym interesie.

UNICEF podkreśla również konieczność przyspieszenia procesu podejmowania decyzji dotyczących dzieci. Obecnie najmłodsi muszą czekać nawet 11 miesięcy od momentu rejestracji do decyzji o przeniesieniu kraju, który zgodził się ich przyjąć. UNICEF apeluje o skrócenie tego okresu do maksymalnie 90 dni, przydzielenie opiekuna i rozpoczęcie procedury łączenia rodzin. Są to niezbędne działania, które pomogą zapobiec zaginięciom dzieci podróżujących bez opieki.

Ostatnie dane wskazują, że w 2015 r. 96 500 dzieci przemieszczających się bez opieki złożyło wniosek o azyl w Europie. Stanowiło to około 20% wszystkich dzieci ubiegających się o azyl. Większość z nich to młodzi chłopcy z Afganistanu oraz dzieci z Syrii, głównie poniżej 14. roku życia.

W niektórych krajach dzieci podróżujące bez opieki stanowią ponad połowę wszystkich dzieci, które przybyły tam w 2015 r. W Szwecji nastoletnie dzieci stanowiły 50% wszystkich dzieci uchodźców i migrantów, podczas gdy do Włoch dotarło 12 300 dzieci podróżujących bez opieki, a kolejne 4000 przemieszczały się ze swoimi rodzinami.

Monika Kacprzak
Specjalista ds. Komunikacji
Stowarzyszenie UNICEF Polska

 

wtorek, 03 maj 2016 10:06

W raporcie analizowane są nierówności w dolnej części rozkładu, czyli nierówności pomiędzy dziećmi znajdującymi się w najgorszym położeniu a tymi, których sytuację można uznać za przeciętną. W raporcie stawiane jest pytanie „jak daleko pozwolimy dzieciom znajdującym się w najtrudniejszej sytuacji pozostać w tyle za ich rówieśnikami biorąc pod uwagę dochód, zdrowie, edukację i zadowolenie z życia”.

Nierówności ogółem we wszystkich badanych obszarach

  • Najlepszy wynik osiągnęła Dania i znajduje się na pierwszym miejscu tabeli rankingowej pod względem najmniejszych nierówności wśród dzieci we wszystkich czterech obszarach. Izrael i Turcja zajmują miejsca ostatnie.

  • Polska plasuje się w dolnej części tabeli zajmując miejsce 27 na 35 klasyfikowanych krajów.

  • Niektóre kraje naszego regionu: Estonia, Słowenia, Łotwa, Czechy i Węgry osiągnęły bardzo dobre wyniki i zajmują odpowiednio 8, 9, 10, 11 i 14 miejsce.

  • Kilka najbogatszych państw na świecie uplasowało się w dolnej części tabeli w tym trzy z krajów G7: Kanada (26), Francja (28) i Włochy (32). Luksemburg - kraj o najwyższym poziomie dochodu na osobę w UE zajmuje miejsce 29.

Nierówności dochodowe

sobota, 27 luty 2016 12:24

Nie ma nigdzie takiej władzy, która potrafiłaby zaspokoić potrzeby wszystkich, ale...

 

Rozmowa z panią profesor Kazimierą Wódz, psycholożką socjolożką, wykładowczynią na Uniwersytecie Śląskim, autorką wielu prac naukowych na temat pracy socjalnej, między innymi Praca socjalna w miejscu zamieszkania ( 1998), Negocjowana demokracja czyli europejskie governance po polsku ( 2006), ostatnio Zapomniane miejsca, zapomniani ludzie ( 2014). Pani profesor jest inicjatorką powstania i kierownikiem Zakładu Badań Kultury Współczesnej w Instytucie Socjologii na Wydziale Nauk Społecznych UŚ od początku jego istnienia w 1988 roku a od 1993 roku - kieruje Studium Pracy Socjalnej w tym Instytucie.

 

W swojej pracy naukowej prof. Kazimiera Wódz zajmuje się między innymi możliwościami wykorzystania metody organizowania środowiska lokalnego w programach rewitalizacji zaniedbanych dzielnic miejskich, aktywizacją społeczności zagrożonych marginalizacją społeczną, profesjonalizacją pracy socjalnej w Polsce, rozwojem dialogu obywatelskiego i partycypacji publicznej na poziomie lokalnym. Równorzędnym nurtem zainteresowań badawczych Profesor Kazimiery Wódz są społeczne i kulturowe konsekwencje przekształceń strukturalnych w dawnych regionach przemysłowych.

.

Skąd taki wybór drogi życiowej i zawodowej?

Jestem psychologiem z pierwszego wykształcenia, to był mój pierwszy wybór. Bezpośrednio po studiach pracowałam przez dwa lata w poradni wychowawczo- zawodowej i tam trafiały do mnie dzieci bardzo zaniedbane, ze środowisk dotkniętych wieloma problemami, którym porada psychologiczna nie była w stanie realnie pomóc. Bardzo to przeżywałam, było to dla mnie źródło frustracji. To był ten decydujący czynnik, dla którego zaczęłam szukać swojego miejsca w dziedzinie pracy socjalnej.. Mój mąż, prawnik i socjolog, jeszcze w trakcie drugich studiów, bo najpierw skończył prawo, a potem socjologię, był konsultantem w ośrodku pomocy społecznej w Krakowie. Opowiadał mi co tam się dzieje. Szukałam podejścia, które obejmowałaby całą sytuację dziecka czy rodziny. W ten sposób trafiłam do Medycznego Studium Zawodowego w Nowej Hucie na Wydział Asystentów Socjalnych. Tak więc praca socjalna to nie był przypadek, tylko rezultat przemyśleń związanych z pierwszymi doświadczeniami zawodowymi. Od bardzo dawna zajmuję się pracą socjalną, ale nie tylko, bo jednocześnie od końca lat siedemdziesiątych prowadzę badania socjologiczne w społecznościach miejskich województwa śląskiego i to się ze sobą ściśle wiąże. Żeby móc sensownie pomagać, trzeba znać środowisko, wiedzieć jakie są rzeczywiste problemy i na czym można budować wsparcie. To dopełnienie jest dla mnie bardzo ważne.

 

Jak pani godzi różne funkcje społeczne - nauczyciela akademickiego, naukowca, publicysty oraz kwestie rodzinne?

środa, 17 luty 2016 06:56

Tamta kobieta ma dłonie łagodne
Blade paznokcie
Kroi chleb

A ja mam szpony czerwone od krwi
I usta głodne
Twojej silnej szyi

Tamta kobieta rozpina na sznurach
Sprane dowody
Misjonarskich nocy

A ja mam sznury włosów rozsypane
I pętam nimi
Moje nagie uda

Tamta kobieta gładzi twoje skronie
Przynosi rano
Filiżankę kawy

A ja po sen się w wino zanurzam
Byle nie czekać
Na niedoczekane

Obie stoimy nocą w ślepych oknach
Tej samej gwiazdy szukając
Czy Boga
Z niemą wdzięcznością i z głuchą rozpaczą
Jedną modlitwę szeptamy
Kocham

z tomiku Przez przypadki, Wydawnictwo „Śląsk” 2010

 

Idzie przez świat, patrząc gdzie otwierają się kolejne drzwi…

 

Wywiad z Aleksandrą Gajewską, aktorką, poetką, działaczką społeczną, politykiem, samorządowcem, MATKĄ - kobietą szczęśliwą, która pozwala sobie na smutek, kiedy ma taki nastrój.

 

Jak Pani godzi te wszystkie role? Nie ma nawet tylu kategorii w konkursie: Kobieta Charyzmatyczna, do którego została pani nominowana.

Bardzo łatwo jest pogodzić różne zadania, pod warunkiem, że wszystkie sprawiają nam przyjemność.

I Pani się to udaje?

Wychodzę z założenia, że chcę robić tylko to, co sprawia mi radość. Oczywiście zdarza się, że jestem zmęczona, ale każda z tych rzeczy daje mi po prostu niesamowitą frajdę. Może dlatego udaje się to wszystko pogodzić.

A jak wpłynęło na Panią i Pani rozwój zawodowy urodzenie dziecka?

Na chwilę rzeczywiście przyhamowałam, bo zostałam z moją córką prawie trzy lata w domu. Oczywiście, grałam wtedy spektakle, ale nie zajmowałam się właściwie niczym innym. Nie wchodziłam w żadne nowe premiery, nie zaczynałam żadnych nowych projektów. Całkowicie poświęciłam jej te pierwsze trzy lata życia. Ale to też pozwoliło mi spojrzeć na siebie inaczej; zobaczyć i poczuć odpowiedzialność za to, co jest w życiu ważne. Także to, że muszę dbać o siebie, o swoje zdrowie – po prostu być dobrą matką dla córki, bo od momentu, kiedy urodziłam dziecko, nie byłam już odpowiedzialna tylko za siebie, ale też za tę drugą istotę. A im ona jest starsza, tym bardziej czuję, że nie tylko mam obowiązek się nią opiekować, ale to zadanie staje się dla mnie wielkim zaszczytem i muszę być dla niej autorytetem. Julia ma już prawie 14 lat, więc kiedy patrzy na mnie, czuję, że szuka we mnie wzorca, przykładu. A ja nie mam nic przeciwko temu. Wychowanie córki jest moją najważniejszą rolą w życiu! Ma absolutny priorytet przed wszystkim.

A co lubicie robić razem?

BYĆ, po prostu być, rozmawiać. Jest trochę buntownikiem, jak każda 14-latka.

A Pani taka nie była?

Byłam, oj byłam. Nosiłam czerwone włosy, skórzaną kurtkę z „Anarchią” na plecach i glany. Jak mi się to znudziło, to stałam się hipiską. Zawsze musiałam być oryginałem! To były takie zewnętrzne objawy buntu, bo paradoksalnie pozostałam przy tym wszystkim grzeczną dziewczyną (śmiech). Nigdy nie było ze mną problemu, jeśli chodzi o alkohol, narkotyki czy ucieczki z domu. To nigdy się nie działo. Natomiast do tego stopnia zawsze lubiłam płynąć pod prąd, że kiedy nie trzeba już było chodzić do szkoły w fartuszku i każdy mógł się ubierać dowolnie, to ja go zakładałam i na dodatek przyszyłam na rękaw szkolną tarczę

Czyli taka przekora?

Tak. Robiłam takie numery i to całkowicie świadomie.

A córka jakie ma pasje? Co lubi robić?

Ona lubi rysować. I rzeczywiście ma do tego niezwykły talent. Mogę ją też pochwalić za znakomite ucho muzyczne, ale Julka nie chce się rozwijać w tym kierunku, chociaż często sobie podśpiewuje i robi to przepięknie. Ma też zdolności językowe. Myślałam, że to ja mam talent do języków, ale ona już mnie przeskoczyła dawno temu.

A ile Pani zna języków?

Komunikuję się w miarę w językach, które są oparte na łacinie: hiszpańskim, włoskim, francuskim, ale najlepiej mówię po angielsku. Nie chodziłam na korepetycje, ale zakochałam się, bezgranicznie, w dwóch zespołach, czyli w Pink Floyd i Marillion. I tak strasznie chciałam wiedzieć o czym oni śpiewają. Więc ze słownikiem tłumaczyłam teksty, bo przecież wtedy nie było żadnego Internetu, elektronicznych tłumaczy. Uczyłam się tych idiomów, próbowałam rozgryźć dlaczego tak, bo przecież to poezja jest w końcu. No i moje dziecko ma bardzo podobnie, mianowicie odmówiła jakichkolwiek dodatkowych lekcji angielskiego. Ogląda natomiast jakieś tutoriale, filmy po angielsku, programy, oczywiście trochę mnie to boli, że nie jest to Pink Floyd tylko One Direction, ale co tam. W każdym razie znalazła tę samą metodą, czyli tak bardzo chciała wiedzieć, co jest w środku, w tych słowach, w sensie tych piosenek, że się „przekopała” przez te teksty. Mówi znakomicie po angielsku jak na swój wiek.

Podróżujecie razem?

Podróżujemy. Miałam to szczęście, że w mojej pracy mogłam pozwolić sobie na to, żeby czasem zabrać ze sobą moje dziecko w podróż, w różne miejsca. To była dla mnie ogromna radość. Podzielenie się z moją córką tymi miejscami i swoją pracą po prostu.

Wiadomo, że zdolna aktorka może wiele, ale była pani wicemarszałkiem województwa śląskiego. Jak można pogodzić tak różne role?

Nie odczuwałam szczególnej trudności. Odpowiedzialność tak. Przyznaję, że być dobrym samorządowcem, to jest jednak ogromne wyzwanie i odpowiedzialność w podejmowaniu decyzji. Ważna jest umiejętność zarządzania ludźmi. To nie jest tylko funkcja reprezentacyjna. To przede wszystkim bardzo ciężka praca. Musiałam się do niej solidnie przygotować.

Jest Pani także magistrem ekonomii?

Tak, ukończyłam Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach. Praca w samorządzie to ogromne obszary podejmowania decyzji i wiem, że bez odpowiedniej wiedzy byłoby to ryzykowne, choćby dlatego, że dotyczą finansów, polityki, strategii itp. Natomiast ja wychodzę z takiego założenia, że najlepszą cechą nie tylko samorządowca, ale i każdego szefa jest umiejętność dobrania sobie współpracowników; zaangażowanych i kompetentnych. Ważna jest tu też umiejętność ich słuchania, bo nikt z nas nie jest omnibusem. Bo nie jest możliwe, żeby jeden człowiek np. prezydent miasta znał się dosłownie na wszystkim; na szpitalach, na instytucjach kultury, na drogach, na sprawach społecznych, itd. Miałam to szczęście, że trafiłam na znakomitych współpracowników w Urzędzie Marszałkowskim. Znakomicie przygotowanych. Bardzo miło wspominam tę pracę. Zresztą z niektórymi przyjaźnimy się do dzisiaj, więc to jest właśnie piękne, mimo tego, że nie jest to już relacja służbowa, to jesteśmy w bardzo dobrych stosunkach. A z niektórymi jesteśmy przyjaciółmi.

Proszę mi powiedzieć o rolach aktorskich, która z nich była największym wyzwaniem? I która z nich okazała się taką charyzmatyczną?

środa, 10 luty 2016 20:24

Oferujemy nie tylko doraźną pomoc, ale też uczymy samodzielności i odbudowy relacji międzyludzkich.

 

span style="font-size: 14pt;">Wywiad z Marią Demidowicz – Prezesem Koła Zabrzańskiego Towarzystwa im. św. Brata Alberta. Kobieta charyzmatyczna, która potrafiła skupić wokół siebie grupę działających z zaangażowaniem osób oraz instytucji. Działając społecznie, stworzyła lokalną, modelową platformę współpracy. Jest osobą oddaną rodzinie. Jej życiową pasją jest wspieranie innych.

Pełni pani funkcję Prezesa Koła Zabrzańskiego Towarzystwa im. św. Brata Alberta. Skąd pomysł, żeby wszystkie swoje siły i starania poświęcić tym działaniom.

Ta historia zaczęła się od przypadku. Pracowałam w Zabrzańskim Przedsiębiorstwie Wodociągów i Kanalizacji jako kierownik działu sprzedaży wody. Po raz pierwszy miałam kontakt ze stowarzyszeniem w 1996 roku, kiedy przyszedł do nas ówczesny wiceprzewodniczący zabrzańskiego koła stowarzyszenia, aby podpisać umowę na dostawy wody. Zostałam zaproszona na zebranie zarządu. Poznałam cele, metody działania oraz warunki pracy stowarzyszenia. Nawiasem mówiąc, sam budynek wyglądał inaczej niż teraz, był zdewastowany. Niemal od razu zaczęłam działać na rzecz stowarzyszenia. Początkowo pracowałam w komisji rewizyjnej, potem w zarządzie. Od 2001 roku jestem jego prezesem.

Wówczas nie zdawałam sobie sprawy, ile napotkam problemów w prowadzeniu ośrodka. Kierowałam się sercem i podejściem na zasadzie „damy radę”. Nie zapomnę jednego wydarzenia. Zadzwoniła do mnie pani, która pracowała w ośrodku i powiedziała, że na kablach elektrycznych pojawiają się płomienie... Szybko znaleźliśmy elektryka. Oznajmił, że instalacja jest w fatalnym stanie, bo budynek został wybudowany w 1836 roku. Byłam przerażona. Zaczęliśmy od wymiany instalacji elektrycznej, to była natychmiastowa potrzeba. Potem nastąpiły kolejne naprawy i remonty. Takich krytycznych sytuacji było więcej.

W 1996 roku powstało Zabrzańskie Koło Towarzystwa oraz Ośrodek Wsparcia dla Kobiet. Oprócz tego miejsca mamy też od dwutysięcznego roku Dom św. Alberta - Przytulisko dla Mężczyzn (42 miejsca) i Punkt Dobroczynny. Jest to miejsce, gdzie każda osoba może podarować dobre rzeczy, odzież, sprzęt, przedmioty codziennego użytku, które inni kupują za symboliczne opłaty. Dochód przeznaczony jest na prowadzenie naszych placówek.

Mamy też trzy mieszkania readaptacyjne dla kobiet. Zamieszkanie w jednym z nich wymaga od kobiet większej samodzielności i odpowiedzialności za swój los, a jedocześnie zapewnia możliwość korzystania ze wsparcia terapeutów. To etap wychodzenia z bezdomności, pośredni pomiędzy pobytem w placówce a przeprowadzką do swoich mieszkań, które panie otrzymują z zasobów gminy.

Ośrodek Wsparcia dla Kobiet dysponuje dwudziestoma pięcioma miejscami dla kobiet i dzieci. Trafiają tu osoby, które doświadczają różnych kryzysów w swojej rodzinie czy środowisku. Są to na przykład osoby, które są ofiarami przemocy. Coraz więcej osób trafia do nas ze względu na choroby psychiczne – na przykład depresję i schizofrenię. Inną częstą przyczyną uzależnienia od pomocy jest nabyta bezradność. Mamy wiele osób, które nie wychowywały się w rodzinach albo dorastały w poczuciu braku bezpieczeństwa i akceptacji, doświadczały bezradności i niskiej samooceny. Osoby, które z jakichś powodów tracą środki do życia i stają się bezdomne lub niezdolne do samodzielnej egzystencji. Wśród nich są także kobiety ciężarne, dlatego mamy też dużo noworodków. W tej chwili przebywa tu szesnaście kobiet i dwanaścioro dzieci. Nie każdy oczywiście kończy program, nie każdy wie o jego istnieniu i trafia do nas. Czasem po drodze ktoś próbuje sobie coś wynająć albo wraca do partnera - bo mechanizm przemocy tak działa, że jest się uzależnionym. Często spotykane jest myślenie życzeniowe, że może jednak coś się zmieniło.

W jakiej formie udzielacie pomocy?

Staramy się z pomocą specjalistów postawić diagnozę każdej osobie, która tutaj się znalazła oraz zaoferować indywidualną pomoc. Właściwe pomaganie nie jest łatwe. Jeśli ktoś ma problemy prawne czy zdrowotne, to wszystko to możemy załatwić. Mamy w ośrodku kobiety i dzieci, więc sprawa jest bardzo złożona, bo występują problemy związane z partnerem, rodziną i dziećmi – z relacjami. Staramy się wspólnie pracować z kobietami i z dziećmi. Kiedy ludzie słyszą „bezdomność”, to często wyobrażają sobie bezdomnych na dworcu, uzależnionych od alkoholu, myślą o osobie, która zrujnowała sobie życie, często na własną rękę. Bezpośrednim i głównym powodem bezdomności jest często utrata mieszkania, na przykład w wyniku nieuregulowanych opłat. Odsetki i inne zobowiązania szybko rosną, a przyczyną powstania zaległości może być fakt, że ktoś komuś coś podpisał nierozważnie lub wziął kredyty, których nie potrafi spłacić. To są jedne z głównych powodów. Inne to uzależnienia, problemy w relacjach i nieumiejętność rozwiązywania konfliktów, doświadczenie trudnego dzieciństwa, konflikty z prawem. Jedno niepowodzenie powoduje kolejne. Dlatego trzeba bardzo rozważnie i indywidualnie podejść do każdego człowieka.

Musimy być ostrożni z pochopną oceną, że trudna sytuacja jest zawsze „na własne życzenie”. My widzimy to inaczej - bezdomni to osoby w różnych sytuacjach i każda z nich jest indywidualna. Bezdomność to przede wszystkim dramat relacji między ludźmi. W dzisiejszym świecie, który pędzi i stawia przed nami coraz wyższe wymogi, każdy dzień może zmienić bogatego w biednego, a przedsiębiorczego w bezradnego. Każda z tych osób ma za sobą trudne doświadczenia. Często ulegają one destruktywnym schematom funkcjonowania, które są dziedziczone pokoleniowo. Chociaż każda z tych pań ma rodzinę i często miała swoje mieszkanie, najbardziej doskwiera im samotność. Życie tak je doświadczyło, że trudno jest im nawiązać dobrą relację. Podanie ręki, zaopiekowanie się, by pomóc w usamodzielnieniu się, to podstawowa opieka. My robimy także coś więcej. Nie ograniczamy się do standardowych procedur, pochylamy się nad każdym indywidualnie, wspieramy terapią, pomagamy poprawić relacje rodzinne, realnie przywracamy człowieka społeczeństwu, aktywizujemy zawodowo.

Wspólnie z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Rodzinie wypracowaliśmy autorski, kompleksowy program terapeutyczny. Wiemy, że sama pomoc w znalezieniu pracy i domu nie daje rezultatu, gdyż osoby te nie są w stanie samodzielnie funkcjonować i utrzymać pracy.

Współpracujemy ze wszystkimi instytucjami, które zdołamy pozyskać do współdziałania – z Zabrzańskim Ośrodkiem Profilaktyki Leczenia Uzależnień, Miejskim Ośrodkiem Pomocy Rodzinie, Powiatowym Urzędem Pracy oraz z sądami i kuratorami. Zabiegamy o współpracę, bo sami nie jesteśmy w stanie wielu rzeczy pokonać.

Panie zapytane o to, co tutaj osiągnęły, co jest dla nich najważniejsze, podkreślały przede wszystkim, że uniezależniły się od pomocy społecznej i odbudowały ważne dla nich relacje z najbliższymi. W rezultacie, nabrały szacunku dla siebie oraz wiary we własne siły.

Ma pani rodzinę i poświęca dużo swojego czasu dla Towarzystwa. Czy pozostaje wolny czas dla siebie, aby np. pojechać na wczasy?

Muszę powiedzieć, że chyba jestem nietypową kobietą, bo na emeryturze nie mam czasu. Najbardziej ubolewam nad tym, że mam dużo zaległych publikacji do przeczytania. Żałuję też, że mniej teraz podróżuję. Kiedy pracowałam w Zabrzańskim Przedsiębiorstwie Wodociągów i Kanalizacji, to z działającą tam grupą duszpasterską jeździliśmy po całej Polsce. Były to wyjazdy nie tylko duchowe, ale służące także wymianie doświadczeń zawodowych. W ramach działań Towarzystwa też podróżowałam po kraju, potrzebowałam poznać sytuację innych ośrodków, szukałam inspiracji. Ostatnio, ze względu na stan zdrowia, zawiesiłam działalność na szczeblu centralnym Towarzystwa. Za granicę wyjeżdżałam razem z rodziną i dało się to wszystko pogodzić. Teraz zdrowie nie pozwala i z tego powodu nie udaję się też w dalekie podróże.

Jakie ma pani pasje? Czy musiała pani z czegoś zrezygnować, żeby poświęcić się działalności społecznej? Czy spotyka się pani z wdzięcznością za swoje zaangażowanie?

Pasje? Zawsze lubiłam pomagać innym osobom - odkąd sięgam pamięcią, już od dzieciństwa, wyniosłam to z domu. Życie byłoby jałowe, gdybyśmy byli skoncentrowani tylko na sobie, bo wtedy nie ma radości i zadowolenia. Nie zastanawiam się nad tym, czy ktoś będzie mi za to dziękował.

Mam teraz mniejszy kontakt z osobami, które do nas przybywają, częstszy mają zespoły merytoryczne, czyli kierownicy i pracownicy. Cieszę się, kiedy dowiaduję się z relacji pracowników, że zdołaliśmy komuś pomóc. Staram się też rozmawiać z naszymi podopiecznymi, żeby nie pozwolić sobie na łatwe szufladkowanie i nie poprzestać na tym, co się raz usłyszało.

Rodzina jest dla mnie najważniejsza. Myślę, że jesteśmy fajną rodziną. Spotykamy się co tydzień, w niedzielę przy wspólnym stole, bo w ciągu tygodnia każdy z nas jest bardzo zajęty.

Jestem osobą głęboko wierzącą i ufam, że to, co się wydarzyło w moim życiu, zostało odgórnie zaplanowane,

poukładane i ma swój sens. Pomagać można w różnych formach, w zależności od sytuacji, możliwości i motywacji. Ktoś może użyczyć przepisu na zupę, ktoś inny - przekazać pieniądze, ubrania czy żywność. Każdy ma swój czas, swoje możliwości i może rzeczywiście pomóc, jeżeli chce – to też trzeba czuć. Sądzę, że osoby, które mocno zasklepiają się w sobie, w swoim nieszczęściu, tracą sposobność do doświadczenia w życiu wielu pozytywnych emocji. We wszystkim trzeba widzieć przede wszystkim dobre strony. Świat przecież nie jest tylko czarny i biały, nie jest tylko dobry i zły, nie tylko szczęśliwy lub nieszczęśliwy. Dobrze jest znaleźć umiar i potrafić cenić to, co się ma.

 

Grzegorz Gruener

 

Towarzystwo Pomocy imienia św. Brata Alberta jest pierwszą w Polsce organizacją pozarządową, która zajęła się pomocą biednym i bezdomnym. Jest organizacją katolicką działającą od 1981 roku. W Polsce funkcjonuje obecnie sześćdziesiąt siedem kół towarzystwa. Prowadzą one schroniska, kuchnie, oferują pomoc prawną, dbają o reintegrację społeczną oraz zapewniają inne formy pomocy dla osób biednych i bezdomnych.

 

czwartek, 28 styczeń 2016 21:39

Kobieta charyzmatyczna

 

Aktorka teatralna i filmowa, obdarzona także talentem wokalnym, mama dwóch nastolatków, kobieta przedsiębiorcza oraz działaczka społeczna. Justyna Sieńczyłło walczy wraz z mężem, Emilianem Kamińskim, o przetrwanie i rozwój teatru „Kamienica”. Aktywnie wspiera też innych: bezdomnych, dzieci niepełnosprawne oraz ich rodziców.

 DSC 5674pop 2

Artystka - pasja to dla niej podstawa sukcesu

W 1992 roku ukończyła PWST, otrzymując angaż w Teatrze Powszechnym w Warszawie i już wtedy teatr stał się dla niej najważniejszy. Pomimo tego zagrała w wielu filmach, np. w Labiryncie, pierwszej polskiej operze mydlanej. - Pamiętam też jakie były dyskusje, kiedy zaczynał się „Klan”, że w ogóle nie należy brać udział w castingach, że to jest faux pas dla aktora, że nie wypada pojawiać się w serialach - wspomina artystka. A teraz największym aktorom zdarza się w nich grać. Ludzie podchodzą do niej na ulicy, mówiąc, że dobrze zrobiła, że wróciła do Klanu. Dowiedziała się też, że zainspirowała przed laty pewnego chłopca do zdobycia zawodu rehabilitanta. Ów chłopiec stał się obecnie wybitnym specjalistą w tej dziedzinie, a wszystko zaczęło się od tego, że obserwował jak Bogna ratowała swojego filmowego narzeczonego i stwierdził, że to właśnie ona zmotywowała go do wybrania tego zawodu.

Aktorka grała również w innych serialach, m.in. w takich jak:  Czterdziestolatek. 20 lat później, Kasia i Tomek, Na dobre i złe czy Ojciec Mateusz. Wystąpiła także w musicalach warszawskich teatrów muzycznych Syrena i Roma. Zagrała tam np. w Piotrusiu Panie, Crazy for you oraz w Pięknej Lucyndzie. Otrzymywała także propozycje związane z dubbingiem, np. w Batmanie i Supermanie, Złotym kompasieczy w programach dla dzieci, m.in.: w Bajeczkach Jedyneczki.

Jednak scena teatralna i bezpośredni kontakt z widzami okazał się dla niej najważniejszy- Scenarzyści teatralni byli zawsze dla mnie łaskawi, pisali dla mnie przeróżne historie, zagrałam własne samobójstwo, poronienie dziecka czy morderstwo. Tak pisali te losy, że mogłam się „wygrać” i sprawdzić na wielu obszarach. Jestem im za to bardzo wdzięczna – podsumowuje aktorka. Najbardziej jest dumna z kreacji, które jak mówi, miała zaszczyt przygotowywać wspólnie z Barbarą Sass, wybitną reżyserką filmową i teatralną oraz scenarzystką, która odeszła w zeszłym roku. Justyna Sieńczyłło grała w jej sztukach wyraziste i dojrzałe postacie. Między wrażliwymi artystkami zaistniało wyjątkowe porozumienie, czasami wręcz bez słów. Chociaż mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, w tym przypadku aktorka absolutnie się z tym nie zgadza. Cieszy się, że dane jej było razem z nią stworzyć kreacje w Wierze Gran, Tango Notturno czy w ostatnim spektaklu - Sceny z życia małżeńskiego Bergmana. - Psychoterapeuci polecają chodzenie na ten spektakl jako terapię małżeńską. Coś jest na rzeczy – zauważa. - Natomiast „Wiera Gran”, to żydowska piosenkarka podejrzewana o współpracę z gestapo mimo trzech uniewinniających wyroków. Całe życie walczyła o dobre imię i zmarła w zapomnieniu, chociaż śpiewała i przyjaźniła się z Aznavourem, Brelem. To bardzo poruszające i najbardziej ciekawe prace.

Spektakl Tango Notturno ukazuje sytuacje, kiedy Pola Negri decyduje się na wyjazd do Niemiec, bo „wchodzi” w film dźwiękowy. Nie dostawała ról w Hollywood, pomimo tego, że pięknie śpiewała, kiedy więc otrzymała z Niemiec propozycję kontraktu za ogromne pieniądze, zgodziła się ją przyjąć. To w szkole berlińskiej w wieku 20 lat uczyła się aktorstwa oraz języka. Sztuka pokazuje jedną noc z jej życia, tuż przed wybuchem wojny w Polsce. To taki moment najbardziej czarny, kiedy dochodzi do jej wyrzucenia, a jednocześnie to jej rozrachunek z życiem, z miłościami - z Chaplinem czy Valentino. - Piękna rola oraz niezwykle dramatyczna i klimatyczna sztuka – podkreśla Justyna. - Kobieta dramatyczna jest zawsze ciekawym tematem dla mnie, nieodgadnionym tematem, dlatego próbuję go zgłębiać przy każdych propozycjach. Aktorka otrzymała za tą rolę Złoty Liść Retro 2012

 

Kobieta przedsiębiorcza

wtorek, 19 styczeń 2016 21:23

Praca naukowa, zaangażowanie społeczne oraz życie rodzinne.

 

Dr Anna Zasada-Chorab zadziwia mnogością zadań, które realizuje na co dzień z tak ogromną satysfakcją. Rozwija m.in. karierę naukową, a funkcję wiceprezydenta Siemianowic Śląskich traktuje nie jak pracę tylko służbę. Troszcząc się o sprawy mieszkańców, przyczyniła się do przyznania jej miastu i gminie przez Zarząd Województwa Śląskiego I miejsca w konkursie: „Gmina Przyjazna Rodzinie 2015”. Jako ekspert powołany przez Marszałka Województwa Śląskiego przyczyniła się również do powołania „Śląskiej Rady Seniorów”. Laureatka Nagrody Burmistrza Miasta Czeladź „Pierścień Saturna 2015” za wieloletnie kierowanie Kolegium Pracowników Służb Społecznych. Spełnia się też jako matka i żona. Żałuje tylko, że doba jest tak krótka.

 

Kompetencje i doświadczenie społecznika

IMG 5200Z wykształcenia jest doktorem nauk społecznych w zakresie polityki społecznej. Ukończyła Uniwersytet Śląski i warszawską Akademię Leona Koźmińskiego na kierunku przedsiębiorczość. - Moją pierwszą specjalizacją było dziennikarstwo, później polityka społeczna. Pracę magisterską pisałam na temat problemów społecznych – wspomina dr Anna Zasada-Chorab. - Doktorat dotyczył tematu z pogranicza socjologii i pracy socjalnej.

Zanim została prezydentem Siemianowic przez prawie 20 lat kierowała różnymi instytucjami edukacyjnymi; najpierw Policealną Szkołą Pracowników Służb Społecznych, później Kolegium Pracowników Służb Społecznych. W międzyczasie była dziekanem kilku szkół wyższych, ostatnio w Wyższej Szkole Pedagogicznej im. J. Korczaka w Katowicach, gdzie jest obecnie adiunktem. - Nadal prowadzę w weekendy zajęcia ze studentami i bardzo się z tego cieszę, że mogę tym młodym ludziom, niejednokrotnie już doświadczonym zawodowo, proponować w jaki sposób można w ich gminie kreować politykę społeczną – zdradza pani prezydent. - Niedawno mój rektor, profesor Julian Auleytner, zachęcił mnie do habilitacji właśnie z tej dziedziny oraz do napisania podręcznika na temat zarządzania polityką społeczną w gminie, sprawdzonych praktyk. Przez studentów jest doceniana zarówno za praktyczną znajomość wykładanych przedmiotów, jak i umiejętność przekazywania tej wiedzy. Stworzyła też kierunek nauczania - pracę socjalną, na którym może młodym adeptom sugerować, na co warto zwrócić uwagę, wykonując zawód pracownika socjalnego. Współtworzyła również programy dla specjalizacji zawodowych: Organizacje Pomocy Społecznej, Specjalizacja I i II stopnia dla pracowników socjalnych oraz programy nauczania m.in. dla zawodu: opiekun osoby starszej.

Dr Anna Zasada-Chorab pełni także wiele innych funkcji, w tym w Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, a ostatnio w Radzie Redakcyjnej i Naukowej przy Centrum Rozwoju Zasobów Ludzkich, uczestnicząc w wydaniu 30 podręczników, w tym 20 krajowych i 10 tłumaczonych. Była ekspertem oceny programów z funduszy Europejskich RPO oraz wielu projektów międzynarodowych m.in. „Kalkulatora kosztów zaniechania” dla Mazowieckiego Centrum Polityki Społecznej oraz „Kultury współpracy pomiędzy instytucjami rynku pracy a instytucjami Pomocy Społecznej”. Uczestniczy w wielu wizytach studyjnych w kraju i za granicą m.in.: Francji, Anglii, Włoszech.

 

Rola wiceprezydenta Siemianowic

Jako wiceprezydent Miasta zarządza resortem zdrowia, edukacji, kultury i sportu oraz pomocy społecznej, a także biurem pełnomocnika ds. osób niepełnosprawnych. W ramach zastępstwa od kilku miesięcy zajmuje się także obowiązkami wiceprezydenta Roberta Życińskiego, w tym gospodarką śmieciową.

Pani prezydent uważa, że każdy obszar ma swoją specyfikę, ale twierdzi także, że wiele zależy od dobrej organizacji oraz współpracowników, których określa mianem świetnych fachowców, ponieważ opracowują różnego rodzaju rozwiązania, począwszy od kwestii formalno-prawnych, a skończywszy na finalizacji zadań, dotyczących problemów np. lokalowych. - Lista osób oczekujących na przydział mieszkania jest bardzo długa, ale gdy sytuacja jest nadzwyczajna, to oferujemy tzw. pustostany do remontu, żeby zapewnić im dach nad głową – mówi pani prezydent. - W przypadku zadłużenia mieszkań, dajemy ich lokatorom szansę odrobienia zobowiązań; szukamy im robót publicznych czy prac interwencyjnych. Jeśli więc tylko mieszkańcy są faktycznie zainteresowani tym, żeby sobie pomóc, to jesteśmy w stanie dać im narzędzia do tego - wiele osób z tego korzysta, ale nie wszyscy.

5

wtorek, 10 listopad 2015 21:27

termin: 12 listopada br.,czwartek,  godz. 14:00
miejsce: Wydawnictwo Miejskie Posnania, ul. Ratajczaka 44

W briefingu udział wezmą:

Jędrzej Solarski, zastępca prezydenta Poznania

Katarzyna Kamińska, dyrektor Wydawnictwa Miejskiego Poznania

Danuta Bartkowiak, szef projektu CYRYL

Cyfrowe Repozytorium Lokalne CYRYL przygotowało kolekcję zdjęć Zbigniewa Zielonackiego (1910 – 1981), legendarnego powojennego fotografa Poznania. Wydawnictwo Miejskie Poznania, organizator CYRYLA, uzyskało od spadkobierców fotografa kilkaset unikatowych zdjęć dokumentujących najważniejsze wydarzenia w życiu miasta po zakończeniu II wojny światowej. Są one wstrząsającym dokumentem zniszczeń wojennych, ale pokazują też konkretne, niekiedy dramatyczne epizody z jego historii. 13 listopada na portalu www.cyryl.poznan.pl zostanie udostępniona pierwsza seria tych fotografii.

sobota, 10 październik 2015 09:29

Na świecie żyje niemal 600 milionów dziewcząt w wieku 10-19 lat. Niestety problemy, które spotykają je na co dzień powoli znikają z publicznej świadomości, a odpowiednia pomoc nie jest dostarczana, przypomina UNICEF w Międzynarodowym Dniu Dziewcząt.

Nierówności mogą dotykać dziewczęta już od chwili narodzin. W okresie dojrzewania nierówności pomiędzy dziewczętami a chłopcami jeszcze bardziej się zwiększają. Dziewczęta o wiele częściej niż chłopcy nie są posyłane do szkół. Wczesne małżeństwa również o wiele częściej dotyczą dziewcząt niż chłopców. W krajach rozwijających się 1 na 3 kobiety w wieku 20-24 (czyli ok. 70 mln kobiet) wyszła za mąż przed ukończeniem 18. roku życia, z czego 1/3 przed 15. urodzinami.

Podczas, gdy przemoc dotyka zarówno dziewczęta, jak i chłopców, to jednak dziewczęta są o wiele częściej ofiarami przemocy seksualnej. Szacuje się, że co 10 kobieta poniżej 20. roku życia jest ofiarą gwałtu. Niemal 25% dziewcząt w wieku 15-19 było ofiarami przemocy przed ukończeniem 15. roku życia.

piątek, 18 wrzesień 2015 08:49

Spotkanie z Panem Markiem Michalakiem Rzecznikiem Praw Dziecka

O roli zespołów interdyscyplinarnych i ich zadaniach w obszarze pomocy dziecku zagrożonego przemocą w rodzinie dyskutowano podczas spotkania z Rzecznikiem Praw Dziecka Markiem Michalakiem w Kolegium Pracowników Służb Społecznych w Czeladzi. Uczestnicy debaty podkreślali potrzebę ścisłego współdziałania wszystkich służb - ośrodków pomocy społecznej, policji, szkół oraz służby zdrowia w tej kwestii, a jako najważniejszą sprawę wskazywali przepływ informacji między tymi instytucjami.

W dyskusji wzięli udział przedstawiciele Urzędu Wojewódzkiego oraz Marszałkowskiego, urzędów miast, instytucji pomocy społecznej (Miejskich Ośrodków Pomocy Społecznej, Ośrodków Interwencji Kryzysowej, członkowie zespołów interdyscyplinarnych, funkcjonariusze policji oraz placówek oświatowych.

Spotkanie zorganizowano w ramach inauguracji Akademii Dobrego Rodzica działającej przy Uniwersytecie Powszechnym w Czeladzi oraz obchodów Dnia Pracownika Socjalnego.

reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama