reklama
Magazyn WhyStory logo
reklama
Wywiady
wtorek, 29 wrzesień 2015 18:55

Karolina Hudowicz, psycholog biznesu, korporacyjny dyrektor HR oraz akredytowany coach ICF wyjaśnia w czym pomaga coaching oraz opisuje jego rożne typy, np.: zawodowy, życiowy, dla zespołu czy kadry managerskiej. Podkreśla, że w coachingu człowiek jest traktowany holistycznie i dlatego nie da się rozgraniczyć życia zawodowego od osobistego. Te dwie sfery zawsze będą się przenikać i wpływać jedno na drugie.

 

Dlaczego zdecydowałaś się zostać coach'em? Byłaś wcześniej anglistką, to chyba też interesujący zawód?

Why? Hmm coaching to proces i jak w każdym procesie myśli i pomysły ewoluują. Z coachingiem po raz pierwszy zetknęłam się w 2007 roku podczas studiów podyplomowych na Akademii Trenera Grupowego. Jedną z prowadzących zajęcia była dr. Anna Syrek Kossowska, która praktykowała już jako coach i sporo mówiła o coachingu; o różnicach pomiędzy trenerem, coachem, mentorem i terapeutą… w 2009 rozpoczęłam Akademię Profesjonalnego Coachingu i to był mój pierwszy lecz najdłuższy i mocny proces coachingowy – trwał 9 miesięcy!

Tak, byłam anglistką i podczas studiów licencjackich na UŚ dorabiałam w prywatnych szkołach językowych, choć studiowałam angielski język handlowy. To było dobre doświadczenie nauczycielskie i nauczyłam się uczyć innych. Po studiach wyjechałam do USA – podróżować i pracować przez rok.

Po powrocie zdecydowałam się zrobić magisterskie studia, pomimo wielu różnic programowych na kierunku Psychologia Biznesu i tak później dalej Akademia Trenerów grupowych, Akademia profesjonalnego Coachingu, Zarządzanie Zasobami Ludzkimi aż do akredytacji ICF ACC

Czyli zdobyłaś nowe kwalifikacje.

Jak już wspomniałam, jestem akredytowanym coachem ICF (International Coach Federation) i oprócz ogromu wcześniejszych doświadczeń, wiedzy, metod i narzędzi musiałam przeprowadzić wiele sesji z klientami i z mentor-coachami, żeby w ogóle podejść do egzaminu. Egzamin to test online oraz nagranie swojej sesji ze swoim klientem będącym w procesie, transkrypcja tego nagrania i przesłanie do oceny przez asesorów ICF w USA.

 Czym jest więc coaching?

Jest wiele definicji coachinu, ale przytoczę trzy najbardziej znane:

1. Profesjonalny coaching to rozwijająca się relacja zawodowa, która pomaga osiągać nadzwyczajne wyniki w życiu, w karierze, w firmach lub organizacjach. Proces coachingu umożliwia klientom pogłębianie wiedzy, osiąganie lepszych wyników i poprawę jakości życia… - wg. International Coaching Federation

2. Coaching to posługiwanie się ciszą, pytaniami i wyzwaniami w celu udzielenia klientowi pomocy w realizowaniu konkretnego celu zawodowego… wg. dr Angus McLeod

3. Coaching to pomoc ludziom w dokonywaniu zmian w taki sposób, w jaki tego oczekują i pomoc w podążaniu w kierunku, w którym chcą… wg. International Coaching Community

Jak widać definicje te są do siebie podobne… ja raczej przytoczę metaforę coachingu Miltona Ericsona, gdyż w mojej ocenie to najlepiej obrazuje czym tak naprawdę jest coaching:

Pewnego dnia, gdy byłem jeszcze uczniem szkoły średniej, do naszego gospodarstwa przybłąkał się koń. Miał na sobie siodło, był bardzo spocony i dyszał. Daliśmy mu wody i postanowiliśmy odprowadzić do właściciela. Nikt jednak nie wiedział, skąd przyszedł.
    Wsiadłem na niego i poprowadziłem w kierunku drogi. Wiedziałem, że koń wybierze właściwy kierunek, choć nie wiedziałem, jaki on będzie. Koń pognał do przodu. Od czasu do czasu zatrzymywał się i wchodził na pola skubać trawę. Wtedy delikatnie przypominałem mu o drodze. Po pewnym czasie koń skręcił do czyjegoś gospodarstwa. Ucieszony i zdumiony gospodarz wyszedł nam na spotkanie:
    - To mój koń, gdzie go znalazłeś?
    - Jakieś siedem kilometrów stąd.
    - Ale skąd wiedziałeś dokąd go odprowadzić??
    - Nie wiedziałem. Koń wiedział. Ja tylko kierowałem jego uwagę na drogę.

Jakim rodzajem coachingu się zajmujesz/w czym się specjalizujesz?

Biorąc pod uwagę moje doświadczenia korporacyjne, zajmuję się głównie szeroko rozumianym business coachingiem, jednakże moje doświadczenia życiowe powodują, że personal coaching (coaching osobisty) jest także obecny w mojej ofercie, zwłaszcza taki, jak wellness coaching czy health coaching (coaching zdrowia) w różnych płaszczyznach, ale o tym może następnym razem…

czwartek, 24 wrzesień 2015 21:55

Magia i tajemnica życia

 

Grażyna Bednarek (38 lat) była dziennikarką, teraz jest coachem. Uważa, że kiedyś  jedynie obserwowała i wysłuchiwała historii z życia innych, a obecnie tworzy swoje własne... . Jej uczucia były "zamrożone", nie potrafiła ich wyrażać - nauczyła się tego na nowo. Wyjechała ze Śląska na Podlasie, żeby zamieszkać w puszczy, opiekować się końmi, zaczęła malować obrazy i tkać, nie tylko na krosnach, ale i nowe życie...

 

Dlaczego zdecydowałaś się zostać coach'em? Byłaś wcześniej dziennikarką, to chyba też interesujący zawód?

- Z tęsknoty za życiem. Moim, jedynym i niepowtarzalnym. Kiedy byłam dziennikarką doświadczałam życia przez filtr cudzych doświadczeń. Robiąc o kimś film, pisząc reportaż czy wywiad byłam jedynie obserwatorem-słuchaczem. Opisywałam przez pryzmat wspomnień drugiego człowieka wyprawę w Himalaje, debiut aktorski czy nieprzespaną noc w lesie, by usłyszeć wycie wilków. I przyszedł wrzesień, a byłam wówczas na urlopie nad morzem, kiedy zadałam sobie kilka pytań – czemu właściwie nie ja doświadczam tego wszystkiego, czemu żyje cudzym życiem? Jakie będą moje wspomnienia, o czym będę opowiadać? Poczułam w sobie bunt. Wróciłam z urlopu i złożyłam wypowiedzenie. Po prawie dziesięciu latach pracy w tym zawodzie. I nie żałuję. To była dobra decyzja. A życie jest magią i tajemnicą - gdy zamykają się jedne drzwi, otwierają się drugie. Wystarczy być uważnym. Nim jeszcze odeszłam z redakcji, usłyszałam o katowickiej Szkole Trenerów Meritum. Zapisałam się. I tu otworzyły mi się oczy, bo po raz pierwszy ktoś mnie zapytał - „Co czujesz?” Nie, „jak się czujesz”, tylko, „co czujesz, nazwij emocje”. To było niezwykłe doświadczenie, jakbym odkryła w sobie nieznany dotąd ląd i klucz do poznania siebie.

To znaczy?

Do tej pory nie byłam świadoma siebie, czego od życia chcę, ani tego, co czuję. Nie miałam kontaktu ze złością, ani nie potrafiłam jej wyrazić. Czułam się jak „zamrożona”. A niewyrażoną złość zastąpiłam smutkiem. Emocjonalny tort. Tyle, że niestrawny. Szkoła trenerów zaczynała się treningiem interpersonalnym. Dla zainteresowanych polecam książkę pod redakcją Krzysztofa Jedlińskiego „Trening interpersonalny”. Początek był dla mnie koszmarem. Jednak po kilku spotkaniach wydarzył się cud - coś we mnie pękło i wrzasnęłam. W tym krzyku, oprócz lęku, była siła i moc. Odzyskałam prawo do stawiania granic. To był dzień śmierci i narodzin, wewnętrznej transformacji. Odeszła „grzeczna” dziewczynka, co zawsze jest miła, uprzejma, każdemu pozwoli wejść sobie na głowę. A to miejsce powoli zaczęła wypełniać nieznana mi dotąd siła, jak ją pięknie nazwała w swojej książce Clarissa Pinkola Estes ”Biegnąca z wilkami”- Dzika Kobieta, ta która żyje w zgodzie ze sobą, z naturą.

Poszłaś za wewnętrznym głosem Dzikiej Kobiety?

Nie, nie od razu. Bałam się. Do czasu, gdy wyjechałam ze Śląska na Podlasie. Mieszkałam w sercu dzikiej puszczy. Tam m. in. opiekowałam się końmi. Od nich, nie od ludzi, wiecznie coś robiących, zabieganych, narzekających, uczyłam się, co to znaczy po prostu być. Tu i teraz. Wśród koni kabardyńskich, tak nazywa się ta rasa, była klacz Czenge. Był chłodny, jesienny poranek. Poszłam do koni nalać wody, posprzątać. Chciałam zrobić to szybko, wrócić do domu, zamknąć się w nim i przy okazji w sobie. Ogarnął mnie smutek. Wzięłam łopatę i zabrałam się do pracy. Konie pobiegły na łąkę. Została tylko Czenge i bacznie mi się przyglądała. Im dłużej to robiła, tym bardziej mnie to złościło. Podeszłam do niej i powiedziałam, by sobie poszła, bo chce być sama. Nawet nie drgnęła. Jednym ruchem łba wytraciła mi łopatę z ręki (do tego momentu trzymałam ja przed sobą, opartą o ziemię, jak tarczę). Stanęłam przed nią, rozłożyłam ręce i spytałam - czego chcesz ode mnie? Ona milczała, za to ja rozpłakałam się jak bezbronne dziecko. Podeszła do mnie, położyła łeb na moim ramieniu, jakby chciała powiedzieć - przytul się. Pozwól sobie na to. I stałyśmy tak, we dwie. Blisko siebie. Kiedy otarłam łzy, Czenge na mnie popatrzyła, odwróciła się i pobiegła do reszty stada. Ona szczęśliwa, a ja z ulgą na sercu. Konie, symbol dzikości i wolności, szamańskich podróży, zmieniły moje widzenie siebie i świata. Podobnie jak książka „Lekcje, których udzielił mi koń” Marka Rashid'a.

Puszcza, konie. Czy może być więcej „dzikości”?

Może! Na biebrzańskich bagnach, Carskiej Drodze. W nocy, przy blasku księżyca. By posłuchać kroczących w wodzie łosi, wycia wilków, a gdy one milkły, wyłyśmy my - czyli ja i moje nadbiebrzańskie przyjaciółki Małgosia i Agnieszka. W myśl wspomnianej Estes: ”Kto nie potrafi wyć, ten nigdy nie znajdzie swojego stada”. Tam też nauczyłam się tkać. Urzekła mnie magia krosna, metafora osnowy i wątku, moc bidła i radość utkanego dywanu. Wiesz, że w październiku obchodzimy dzień tkaczki? To też miesiąc Matki Klanowej dziesiątego cyklu księżycowego. Nazywana jest Tkającą Wątki: ”Nici życia Babiego Lata mnie trzymaj

Usadowiona między Ziemią i Niebem

Tkając wątki,śniąc sny,

Przez te dwa światy będę fruwać”. To cytat z książki Jamie Sams „13 Pierwotnych Matek Klanowych”.

Uważasz, że sami sobie tkamy nasze życie?

Tak. To od ciebie zależy, czy tkasz swoje życie z miłością, czy lękiem. Sieć utkana ze strachu będzie przyciągać lekcje, by go pokonać. Sieć utkana z miłości przyciąga radość i szczęście. Każde doświadczenie w życiu jest „po coś”, jest bezcenne. Kluczem do poznania są nasze emocje. Gdy czujesz lęk, zapytaj siebie, czego się boisz. Uwolnij się od niego, a zobaczysz, że pod nim tkwi przekonanie, które generuje tę emocję. I jednocześnie pokazuje ograniczenia. Przykład? Spotkałam się z wieloma osobami, które ciągle martwiły się o pieniądze, narzekały na ich brak. Po dłuższej rozmowie okazywało się, że wcale nie tu tkwił problem. Mamy dwie ręce - jedna bierze, druga daje. A co jeśli problem jest w braniu? Okazywało się, że z lęku, poczucia winy, wstydu tego nie robiły. To je blokowało. Albo brały tyle, żeby przeżyć, ale nie tyle, by żyć. O tym można też przeczytać w książce „Kod uzdrawiania” autorów L.Alexander, J.Ben czy „Matryca Energetyczna” R. Bartletta. Zawarte w nich metody pomogły mi zrozumieć siebie, moje reakcje. A przede wszystkim nauczyć się wybaczać, sobie i innym, kochać i akceptować siebie. Taką jaką jestem. „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego”- powiedział Jezus. Kochasz siebie?

A oprócz tych metod, co tobie pomogło?

Malowanie. Będąc dzieckiem kochałam malować. Malowałam czym się da, np. pastą do zębów i gdzie się da - na ścianie też. A potem rzuciłam to wszystko w kąt... . Tak mijały lata. Aż pewnej nocy miałam sen. Przyleciały do mnie anioły, położyły przede mną pędzle, farby i powiedziały: ”maluj”. No i poszłam do sklepu plastycznego i namalowałam dwa, i aż dwa małe obrazki. Jeden przedstawiał kobietę okrytą czerwonym szalem, a drugi jesienne liście. I koniec. Warstwa kurzu przykryła pudełko z pędzlami... Potem wyjechałam na Podlasie. I przyszła jesień, dni krótkie, noce długie... Przeprosiłam się z farbami. Wyciągnęłam karton i rozpłakałam się.. Bałam się wziąć pędzel i cokolwiek namalować, nawet jedną kreskę, jedną plamkę. Dzień po dni uwalniałam się od tych lęków. Po tygodniu namalowałam drugi obraz. Tworzenie kojarzyło mi się z cierpieniem i karą. To był koszmar. Żal, ból, gniew, rozpacz i zwątpienie. Rozpaliłam ogień w kominku, wszystkie obrazy porąbałam i rytualnie spaliłam. Takie były początki. Teraz, z namalowanych obrazów, zostały mi dwa. Resztę rozdałam rodzinie, przyjaciołom, znajomym. W drodze do siebie i w malowaniu pomogła mi książka „Droga artysty” J. Cameron. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez malowania - czy się to komuś podoba czy nie, czy ktoś uzna, że mam talent, czy nie. To jest bez znaczenia. Ważne jest to, że robię to, co kocham, co mnie cieszy.

Pomagasz teraz ludziom jako trener, w jaki sposób?

Po Szkole Trenerów zrozumiałam jedno - mogę wspierać, pomagać innym dopiero wtedy, kiedy sama siebie uzdrowię. Zajęło mi to kilka lat. Przez ten cały czas wędrowałam - przez Śląsk, Afrykę, Podlasie, Węgry, aż znalazłam swoje miejsce na Ziemi - Góry Świętokrzyskie. Tam jest mój dom. Tam mam przyjaciół. I nie nazywam siebie trenerem, ani coachem. Dzielę się tym, co mi pomogło, metodami, które dla mnie okazały się skuteczne, moją wiedzą, mądrością, którą zdobyłam podczas tej podróży - bez kompasu i punktu odniesienia. W głąb siebie.

A jakie plany na przyszłość, marzenia?

Malować, tworzyć. Zacznę od domu - pomaluję sobie meble w kwiaty, a na drewnianej podłodze mandale i wydziergam sobie zasłonki. Zająć się arteterapią, rozpoczęłam studia podyplowe w tym kierunku. I jeszcze coś - wyprawa motocyklowa. Gdzieś w nieznane - z noclegiem w lesie, gwiazdami nad głową i ogniskiem na polanie.

 

Rozmawiała: Beata Sekuła

tesknota

poniedziałek, 24 sierpień 2015 22:23

Talent, pracowitość, dociekliwość

Jacek Niedziela-Meira – wielokrotnie uznany w corocznej ankiecie Jazz Forum za najlepszego polskiego kontrabasistę jazzowego, kompozytor – 5 razy nominowany do Fryderyka, literat oraz publicysta, okazuje się także pasjonatem życia! Ma ponadstandardową ilość dzieci oraz zaradną żonę, która nie tylko jest jego muzą, ale też potrafi naprawić sprzęt domowy oraz zadbać o to, żeby artysta znalazł czas na rozwijanie swojej twórczości, za którą otrzymał wiele nagród, w tym medal Zasłużony dla Kultury Polskiej, Specjalną Nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Grand Prix konkursu Międzynarodowej Federacji Jazzowej w Leverkusen.

Dlaczego sztuka rządzi Twoim życiem? A może, żeby zostać uznanym muzykiem trzeba po prostu urodzić się w rodzinie o artystycznych korzeniach?

To ci dopiero! Nie wiem czy jestem uznanym muzykiem...w przypadku jazzu, tak mało popularnego, to sformułowanie nie jest najodpowiedniejsze – co to znaczy - uznany jazzman?! Przez 10 czy 110 osób? (śmiech) Ale wracając do sedna pytania - artystyczna pasja i umiłowanie sztuki, zwłaszcza u matki (nauczycielki śpiewu i malarki) okazały się ważnymi czynnikami dla mojego dojrzewania, choć znam muzyków czy ludzi zajmujących się innymi dziedzinami sztuki bez jakiegokolwiek backgroundu artystycznego wyniesionego z domu. Były zatem koncerty, na którerodzice zabierali mnie z bratem, np. na występ Konstantego Andrzeja Kulki (uznanego skrzypka wirtuoza), kiedy miałem zaledwie 6 lat. W domu korzystaliśmy z pokaźnej, jak na tamte czasy, biblioteki wypełnionej wartościową literaturą i poezją oraz płytami z muzyką klasyczną, jazzową i rozrywkową, np. Skaldów. Nawiasem mówiąc, do dziś uważam, że piosenki Andrzeja Zielińskiego to absolutny top!

reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama